Wojciech Tański
dyrektor Szkoły Podstawowej nr 9 w Olsztynie
Nie dajmy reformy między bajki włożyć!


Przyznam się, że z ogromnym i miłym zaskoczeniem przeczytałem w ostatnim numerze Biuletynu Informacyjnego artykuł pióra Marka Konieczniaka "O zmianie, reformie i górze lodowej słów parę". Dlaczego? Po pierwsze - dominująca w Biuletynie problematyka informatyzacji w szkołach pojawia się tu tylko w dalekim tle, a na plan pierwszy autor wysuwa inne zgoła kwestie, o znaczeniu dla powodzenia reform wręcz fundamentalnym. Tekst odczytałem jako próbę głębszej refleksji nad nieustającym procesem zmian we współczesnym świecie; zmian, które zaczęły kołatać do drzwi polskich szkół. Po drugie - właśnie na takim poziomie i w ten sposób należy rozmawiać o reformie rodzimej oświaty. Po trzecie - większość myśli autora jest mi bardzo bliska. A to utwierdza mnie w nadwątlonym ostatnio przekonaniu, że żyje w naszym kraju całkiem sporo ludzi, którzy istotę niezbędnych w edukacji zmian postrzegają nie w tym, na jaki kolor mają być malowane "gimbusy".

Gimnazjalna burza w szklance wody

Niestety, śledząc dyskusję w mediach, coraz częściej odnoszę wrażenie, że - jak mawia mój przemiły kolega z Krosna - "cała para poszła w glistę". Uwaga władz oświatowych, dziennikarzy, rodziców i, co najgorsze, wielu nauczycieli skoncentrowała się na opakowaniu, czyli formalnej strukturze szkolnictwa. Może jestem niesprawiedliwy, ale z perspektywy mieszkańca Olsztyna tak to właśnie wygląda. Walka o to, gdzie mają powstać gimnazja, protesty rodziców, pikieta uczniów pod siedzibą władz lokalnych, nadzwyczajne posiedzenia rad pedagogicznych, żonglowanie liczbami nauczycieli, którzy utracą pracę - oto wizerunek, a dla wielu treść nadchodzących zmian. Marek Konieczniak powiedziałby zapewne, że energia ludzi skupiła się na nadaniu nowego kształtu wierzchołkowi góry lodowej.

Dziecka z kąpielą nie wylewać

W zapale i reformatorskich zmaganiach władz zagubił się, przynajmniej na razie, sens zmian, które tak naprawdę miały poruszyć niewidoczną część lodowej góry naszej oświaty.

Ta skamielina, w swym rdzeniu trwająca niezmiennie od setek lat (wcale nie przesadzam), to w moim odczuciu system przedmiotowo-klasowo-lekcyjny, metody podające, a przede wszystkim sposób, w jaki nauczyciele postrzegają uczniów oraz swoją rolę w szkole. Niezbyt wesołego obrazu nie zmienią najbardziej choćby chlubne wyjątki. Uważnie obserwując szkoły i rozmawiając z licznym gronem ludzi związanych z edukacją, zaczynam się obawiać, że pod przykrywką nowej struktury życie placówek oświatowych potoczy się starym torem. Łatwiej jest bowiem zmienić szyldy niż postawy ludzi. Co, oprócz przejściowej obawy przed zwolnieniem, ma wpłynąć (i to znacząco) na zmianę ich nastawienia do pracy w szkole? - to pytanie pozostające wciąż bez odpowiedzi. Pomimo to chcę wierzyć, że gdy oswoimy się z nową strukturą, prędzej czy później wrócimy do pytań zasadniczych: Czego i w jaki sposób ma uczyć polska szkoła? Jaka jest rola ucznia i nauczyciela w tym procesie?

A tymczasem - będzie bajka...

Chciałbym opowiedzieć bajeczkę prawdziwą, rodem ze świata absurdu realnego. Kilka tygodni temu wstrząsnęła Olsztynem wieść straszliwa. Dyrektorzy niektórych szkół, przekazując władzom oświatowym dane o ilości sal lekcyjnych w swoich budynkach, zafałszowali je, podając liczby mniejsze od faktycznych. OKIEM PRAKTYKA Miało to uchronić ich placówki przed dostąpieniem zaszczytu przeistoczenia w wyższą formę istnienia edukacyjnego, zwaną gimnazjum. Władza zapałała świętym oburzeniem.

Na dyrektorów-kłamczuszków posypały się gromy. Gońce z urzędów najwyższych do szkół rączo pośpieszyli prawdę najprawdziwszą ustalać. Posłano po kowali z księstwa sąsiedniego, którzy gorącym żelazem oderwać od stołków dyrektorów gnuśnych mieli. Blady strach padł na ród dyrektorski, któren i tak dnia swego nie jest pewien, ni godziny. W gazetach grodzkich larum wielkie. Ten i ów dziejopis rad zdradę i hańbę obwieszcza. I widać bajek się już nie czytuje, bo w mieście wielkim, a przesławnym, ni jeden chłopiec mały się nie znalazł, co rzekłby: "Król jest nagi!". Jakże to bowiem? Byłobyż możliwe, żeby, przepraszam za wyrażenie, organ, który od lat ośmiu pieczę nad przybytkami edukacji sprawuje, nie wiedział, ile który komnat posiada? Toć sam, jako dyrektor karny i do posługi chętny, na wezwanie organu owego sprawozdania o ilości i powierzchni izb w szkole mojej po kilkakroć słałem, jako też i innych zestawień krocie. W prostocie ducha swego wierzyłem, że kanceliści najtężsi dane takowe skrzętnie gromadzą. Teraz widzę, że praca moja na marne poszła. Tako się jawi smutny bajki koniec.

Morał: kto się zapiera komputera, ten potem gdera

Oświata w moim mieście to blisko sto placówek, kilka tysięcy pracowników, kilkadziesiąt tysięcy uczniów i rodziców. Gmina przeznacza na edukację 45% swego budżetu. Dlatego ze zdziwieniem konstatuję, iż sposób gromadzenia, przetwarzania i analizowania tak ogromnej liczby danych, delikatnie mówiąc, trąci myszką. A dane są niezbędne - okazuje się to coraz częściej. Trzeba więc ponieść koszty ich gromadzenia i przetwarzania. Jak to robiono dotychczas? Stosowano sprawdzony przez pokolenia wzór: większa ilość potrzebnych informacji = większa ilość pracy = większa ilość urzędników. A malkontenci, nie doceniający tej ciężkiej pracy i optujący za przekazaniem wprost do szkół pieniędzy wydawanych na ten cel, uznawani byli za wichrzycieli. I choć sam czuję, że "koszula bliższa ciału...", to jednak na sensowne przetwarzanie informacji grosza bym nie żałował. Pełniejsza wiedza to przecież trafniejsze decyzje. Trafniejsze decyzje to w efekcie skuteczniejsze (i zazwyczaj bardziej ekonomiczne) działanie. Dlatego otuchą napawa mnie to, że z drogi informatyzacji nie ma odwrotu i coraz więcej gmin zaczyna korzystać chociażby ze ZBIORCZEGO ARKUSZA ORGANIZACYJNEGO. Mam nadzieję, że wkrótce naprawdę zaczniemy liczyć publiczny grosz.

Od informacji do demokracji

W całej tej na pozór komicznej sprawie frapuje mnie jeszcze jeden aspekt. Otóż dane gromadzone np. przez władze samorządowe naszego miasta uważane są za własność urzędników i mają charakter tajny. Pół konia i królestwo temu, kto normalną drogą je zdobędzie. Bo niby po cóż obywatelowi, (czytaj: podatnikowi), choćby i dzieciatemu, informacje, dotyczące np. kosztów kształcenia uczniów w poszczególnych szkołach, średniej liczebności oddziałów albo przypadających na jednego ucznia: kosztów ogrzewania budynków, wydatków na remonty czy pomoce dydaktyczne w każdej ze szkół - np. w odniesieniu do średniej itd., itp. Do takich danych, jeżeli w ogóle istnieją, nie mają dostępu nie tylko mieszkańcy naszego grodu, gotowi zajść po drodze do urzędu, ale także rady szkół i dyrektorzy tych placówek! No cóż, przy jawnych i precyzyjnych danych trudno jest dzielić "po uważaniu". Są znawcy tematu, którzy twierdzą, że poziom wolności i swobód obywatelskich mierzy się m.in. stopniem dostępu do informacji. Jeżeli przyjąć to założenie, to do wolności nam daleko. Ale to już temat na zupełnie inną bajkę.