Janusz Pawłowski
Żeby w wyniku naboru nikt nie poczuł się "nabrany"…
Rodzicielskie refleksje po egzaminach do szkół średnich


Temat przyjęć do szkół średnich jest dla mnie bardzo żywy, bo właśnie w tym roku mój syn zakończył edukację w ośmioletniej szkole podstawowej i podjął walkę o miejsce w wymarzonym przez siebie (i przeze mnie) liceum. Podejrzewam nawet, że bardziej wymarzyłem sobie akurat to liceum ja niż mój syn, ale gdy dzisiaj patrzyłem na jego radość (właśnie dowiedział się, że został przyjęty do owego liceum i to do wymarzonej klasy), to nie miałem żadnych wątpliwości, że pragnienia te były naszym wspólnym udziałem.

Okoliczności łagodzące

Piszę o tym nie po to, aby się chwalić moim synem (a w każdym bądź razie nie tylko po to), ale z potrzeby podzielenia się pewnymi refleksjami wypływającymi z osobistych doświadczeń. Chciałbym, aby, czytając ten artykuł, wybaczyli mi Państwo może czasami zbyt emocjonalne sformułowania. Są one wszak wynikiem rosnącego przez ostatnich kilka miesięcy nerwowego napięcia, spowodowanego niepewnością dalszych losów mojego dziecka. Wprawdzie syn mój odziedziczył po swojej matce predyspozycje do łatwego przyswajania przekazywanej mu wiedzy, ale jednocześnie po mnie odziedziczył niechęć do wykonywania rzeczy, które go nie pasjonują (nie oszukujmy się - leń patentowany!). Tak przynajmniej twierdzi moja żona. Może bym się z nią nie zgodził i sugerował odwrotne źródła dziedziczenia, ale po pierwsze nie chce mi się szukać odpowiednich przykładów, a po drugie czego jak czego, ale lenistwa mojej żonie nawet najlepszy adwokat, na rozprawie rozwodowej, nie byłby w stanie udowodnić.

Fakty

Liceum, do którego w końcu dostał się mój syn, od lat cieszy się sławą szkoły, do której bardzo trudno się dostać. Próg, który muszą "przeskoczyć" kandydaci jest niemiłosiernie wyśrubowany. Uczciwie muszę zaznaczyć, że nie jest to wynikiem jakichś sztucznych zabiegów, snobizmów, czy innych niechlubnych czynników. Jest to szkoła niezwykle miła, przyjazna uczniowi, który jest tam istotnie podmiotem, a nie przedmiotem nauczania. Uczeń jest w niej cenną wartością samą w sobie, a nie wartością jedynie wtedy, gdy przynosi szkole chlubę, zdobywając kolejne laury w olimpiadach międzynarodowych. Konsekwencją tego jest to, że kto żyw i świadom, chciałby się w niej uczyć.

Szkoły są rozmaite

Przez ostatnie miesiące dręczyło mnie pytanie - co się stanie z moim dzieckiem, gdy nie uda mu się dostać do wymarzonego liceum.

Będę starał się, przynajmniej do czasu, unikać jak ognia określeń "dobre liceum", "złe liceum". Zdaję sobie sprawę z tego, że mógłbym takim podziałem szkół, wzniecić burzę gromów rzucanych z jasnego kuratorium na moją głowę. Nie mógłbym się opędzić od pytań: "Jakim prawem twierdzę, że są szkoły złe? ", "Czy przeprowadziłem jakieś badania porównawcze?" itp.

Poza tym sam wyznaję, być może kontrowersyjny dla niektórych, pogląd, że szkoły nie są "dobre" lub "złe" przez swoje własne zasługi lub ich brak, ale są "dobre" lub "złe" jedynie przez uczniów, którzy tam się uczą. Bynajmniej nie twierdzę, że są uczniowie "źli". Twierdzę jedynie, że są uczniowie, którym nie zaoferowano właściwego, dostosowanego do stopnia i tempa ich rozwoju, procesu nauczania. To jest jednak miejsce na osobny artykuł i nie chcę tutaj rozwijać tego wątku.

Na wszelki wypadek będę więc używał określeń: "szkoła, która, według mojej i kilku moich przyjaciół subiektywnych i niczym nieuzasadnionych opinii, ma duże szanse zapewnić mojemu synowi właściwy rozwój" i "szkoła, która, według mojej i kilku moich przyjaciół subiektywnych i niczym nieuzasadnionych opinii, może nie zapewnić właściwego rozwoju mojemu dziecku".

Gdy pisałem poprzednie zdanie sądziłem, że myśl, którą chcę w nim zawrzeć jest już dostatecznie "wygładzona". "Wygładzona" na tyle, że nie będę musiał bronić swoich preferencji ("Jakie badania pan przeprowadził, aby wydawać takie opinie o tej szkole?"). Wyszedłem z założenia, że prawo do subiektywnych opinii może mieć każdy. Gdy jednak przeczytałem to zdanie jeszcze raz, doszedłem do wniosku, że należy jeszcze bardziej nad tą kategoryzacją popracować. To może tak: "szkoła, którą akceptuje mój syn" i "szkoła, której on nie akceptuje".

Myślę, że ten podział jest już do zaakceptowania.

Dla uproszczenia dalszych rozważań oznaczę szkołę naszych (moich i mojego syna) marzeń literą "A". Szkoły do zaakceptowania przeze mnie i mojego syna literami "B", "C" i "D". Warto tu nadmienić, że ja do listy tych szkół dodałbym również szkołę "E", a mój syn szkołę "F", ale pierwsza nie uzyskała jego akceptacji, a druga mojej. Zdaję sobie sprawę z tego, że narażam się na uwagi na temat mojego despotyzmu i łamania dziecku życia oraz charakteru, z powodu odrzucenia szkoły "F". Proszę mi wierzyć: szkoła "F" nie jest według mojej i kilku moich przyjaciół subiektywnej i niczym nieuzasadnionej opinii szkołą naszych marzeń. Szkoły nie do zaakceptowania (przeze mnie i mojego syna) oznaczmy literami "X", "Y", "Z".

Co się dzieje z uczniem, który nie dostał się do wymarzonej szkoły (szkoły "A")? 

Proszę mi wybaczyć, że ograniczę swoje rozważania do problemu ucznia zdolnego. Są tego dwa powody.

Jak już wspomniałem na wstępie, piszę ten artykuł na fali emocji spowodowanej walką o miejsce w szkole "A", dla mojego syna (jak twierdzi moja żona - zdolnego) i ten problem zajmował mi myśli.

Jest drugi znacznie poważniejszy powód, przyjęcia takiego ograniczenia. Mianowicie, uważam problem wykształcenia uczniów mniej zdolnych za znacznie poważniejszy i - prawdę mówiąc - znacznie ważniejszy. Jest to problem, któremu nawet nie śmiem stawić czoła. Myślę, że powinienem w tym miejscu dodać, że przez wiele lat byłem nauczycielem matematyki w szkole średniej. Nie zmienia to faktu, że nadal nie śmiem poruszać tego tematu, bo miałem to szczęście, przyjemność i łatwość, że młodzież, którą uczyłem, była nadprzeciętnie uzdolniona, o ogromnym potencjale intelektualnym. Ja to jestem w czepku urodzony!

Wyobraźmy sobie zatem, że ten "bardzo dobry" uczeń, złożył podanie do szkoły "A", uzyskał piękne świadectwo z "paskiem" i bardzo dobrze zdał egzamin czy test kompetencyjny. Wyobraźmy sobie następnie, że nastąpił dzień ogłoszenia wyników rekrutacji do szkół średnich. Teraz wyobraźmy sobie najgorsze: otóż nasz uczeń odnalazł swoje nazwisko na liście kandydatów, którzy nie zostali przyjęci do wymarzonej szkoły "A". Powód? Bardzo prosty! Szkoła ta przyjmuje 150 uczniów. Kandydatów było znacznie więcej niż miejsc.

Okazało się, że nasz "bardzo dobry" uczeń był na 151 pozycji. Ci, którzy się dostali, przynieśli jeszcze piękniejsze świadectwo i zdali jeszcze lepiej egzamin. O świadectwach i egzaminach napiszę parę słów w dalszej części tego artykułu.

Czy prosiłem o to, żebyśmy sobie coś wyobrażali? Zupełnie niepotrzebnie! Gdyby nie ustawa o ochronie danych osobowych służyłbym wieloma nazwiskami!

Z czasów, gdy pracowałem w szkole, do dziś (i na zawsze) pozostaną mi w pamięci łzy w oczach rodziców i kandydatów, którzy mieli średnią ocen na świadectwie 5,00 i bardzo dobrze zdane egzaminy, a mimo to musieli zabrać "papiery" i szukać innej szkoły.

Do dziś (i na zawsze) pozostaną mi w pamięci ich rozpaczliwe pytania:

"I gdzie ja teraz znajdę wolne miejsce dla swojego dziecka?". Do dziś (i na zawsze) pozostaną mi w pamięci słowa ich rozgoryczenia "Gdybym od razu złożyła podanie do szkoły "B", to dziecko byłoby tam przyjęte z otwartymi rękami.".

Wtedy uświadomiłem sobie niewiarygodną bezduszność tego systemu naboru do szkół średnich. Gdzie tkwią jej korzenie?

Według potrzeb i możliwości - ale czy każdemu? 

Otóż, szkoły zbierają podania, przeprowadzają rekrutację i ogłaszają jej wyniki w tym samym terminie. Z oczywistych (choć, jak stale podkreślam - niczym nieuzasadnionych) powodów szkoły "A", "B", "C", "D" mają zawsze nadmiar kandydatów. Po zakończeniu rekrutacji, lista przyjętych do tych szkół jest praktycznie zamknięta.

Wielu kandydatów do szkół typu "A", którzy doznali porażki, osiągnęło na egzaminach takie wyniki i ma takie świadectwa, że startując do szkół typu "B", "C", "D", znaleźliby swe nazwiska na liście przyjętych, jeśli nawet nie w ścisłej czołówce, to na pewno na bardzo, bardzo wysokich miejscach. Warto dodać, że same szkoły "B", "C", "D" również byłyby zadowolone z tak dobrego "naboru".

Jaka jest jednak rzeczywistość? Otóż rekrutacja do tych szkół została zamknięta, listy przyjętych wywieszone, a fizycznego miejsca w szkole na otwarcie kolejnych klas najzwyczajniej w świecie nie ma.

Co zatem pozostaje owym "bardzo dobrym" uczniom? Otóż zostaje im się udać do szkół "X", "Y", "Z", w których - w wyniku przeprowadzonej do tej pory rekrutacji - nie zostały zapełnione wszystkie miejsca, choć dostawał się tam praktycznie każdy, kto złożył podanie.

Wiem, że teraz mogą się na mnie posypać gromy: "Jakim prawem deprecjonuję te szkoły? Czy przeprowadziłem odpowiednie badania? ". Odpowiadam, więc: "Ja tych szkół nie deprecjonuję i nie to jest moim zamierzeniem". Ja pytam tylko, czy uczeń, który wykazał, że przez osiem lat swojej edukacji wkładał wiele wysiłku w zdobywanie wiedzy, nie ma prawa wybrać sobie szkoły, którą akceptuje i chce się w niej dalej uczyć?

Dlaczego zatem system rekrutacji nie zapewnia właściwego promowania młodzieży, która na to zasługuje? W imię czego doskonałego ucznia, tylko dlatego, że miał ambicje dostania się do szkoły "A", ale w pełni akceptuje i "uśmiecha" się do szkół "B", "C", "D", pozbawia się szansy na radosne i owocne przeżycie dalszych kilku lat nauki?

A z drugiej strony pytam: Jak wielu jest uczniów, którzy marzyli o szkole "A", ale - nie chcąc ryzykować absolutnej porażki - złożyli podanie do szkół "B", "C", "D"? Ilu z tych uczniów dostałoby się do wymarzonej szkoły "A", bo okazali się znacznie lepsi od najsłabszych tam przyjętych? Pytam ilu, bo to, że tacy są, wiem na pewno - gdyby nie ta ustawa o ochronie danych osobowych!

Czy nie ma z tego zaklętego kręgu żadnego wyjścia? Ależ jest!

Prosta metoda na sprawiedliwą rekrutację

Taką metodą jest egzamin, test kompetencyjny, czy jak go kto chce nazwać. Powinien się on charakteryzować tym, że jest taki sam dla wszystkich zdających, oceniany według tych samych kryteriów, przez specjalnie przeszkolone komisje zewnętrzne. W wyniku takiego egzaminu uczniowie uzyskują jakąś liczbę punktów. Gdyby nie pewne perturbacje, o których napiszę w dalszej części, można by mieć pewność, że uzyskana liczba punktów jest niezależna od tego, kto sprawdzał i jak rozumianymi przez siebie kryteriami się posługiwał. Od tego właśnie jest szkolenie owych komisji. Jednym słowem można by rzec, że wyniki tego egzaminu są w pełni ze sobą porównywalne. Oczywiście należy się liczyć z tym, że jakiś uczeń może mieć zły dzień, a inny szczególnie dobry. Dlatego warto być może dodatkowo posłużyć się ocenami ze świadectwa, gdyż one są wolne od takich "wahnięć" formy. 

To, że oceny ze świadectw nie są ze sobą w pełni porównywalne oraz, że sprawdzanie prac własnych uczniów przez uczących ich nauczycieli jest obarczone pewną, choć niechcianą, dozą subiektywizmu, często obija mi się o uszy. Ja sam, na wszelki wypadek, nie będę potwierdzał, ani zaprzeczał tym opiniom. Zdumiewa mnie jedynie, że wszyscy są o tym wewnętrznie przekonani, ale biada temu co będzie takie kalumnie rzucał! Wszak badań nikt nie przeprowadził. Powtarzam tylko, co słyszałem.

Taki test kompetencyjny jest od przynajmniej trzech lat przeprowadzany w województwie dolnośląskim (w pewnych jego miejscach dłużej, w innych krócej).

Czy wykorzystano tę metodę do uzdrowienia procesu rekrutacji?

Całym sercem chciałbym zawołać: "Ależ tak!". Rozum, oczy i uszy mówią mi jednak: "Ależ nie! Hańbiąco nie!".

 

Konstruktywna propozycja, czyli komputer jako posłuszne narzędzie do realizacji woli uczniów

Proszę sobie wyobrazić taką sytuację.

Uczniowie zdają egzamin (test). Wyniki ich prac są następnie zbierane, kodowane i przekazywane do zewnętrznych komisji. Te sprawdzają owe prace i ich wyniki przekazują do szkół macierzystych, jak i do wskazanych przez uczniów, szkół średnich.

Bez wątpienia cała ta operacja jest choć w części skomputeryzowana. Inaczej trudno sobie wyobrazić tak wielki przepływ informacji. Jeśli jest jednak inaczej (gdy to sztab osób coś tam ręcznie przepisuje), to proszę mi nawet o tym nie mówić, bo byłbym bardzo zaniepokojony informacją o tym, że taka (tak zorganizowana) oświata próbuje zaproponować mojemu dziecku oświatę.

Wytężmy swoją wyobraźnię dalej. Jest komputer. W nim mamy (a na pewno moglibyśmy mieć) zapisane:

Jeśli teraz przez chwilę choć trochę się zastanowimy, to dojdziemy do oczywistego wniosku: gdybyśmy mieli jeszcze tylko wprowadzone oceny ze świadectwa, to wystarczyłoby zapewne dotknięcie jednego klawisza, aby rekrutacja "zrobiła się sama".

Co to oznacza? Otóż po przeprowadzeniu rekrutacji do szkoły "A", rekrutacja do szkół "B", "C" i "D" odbywałaby się z uwzględnieniem tych doskonałych kandydatów, którzy do szkoły "A" się nie dostali, a zadeklarowali jako szkoły kolejnego wyboru właśnie owe "B", "C" i "D". 

I tak dalej… Czyż nie piękne? Czyż nie proste i naturalne?

Dlaczego jednak tak nie jest? 

Odpowiedzi na to pytanie nie znam. Mogę najwyżej wyobrazić sobie trudności z wprowadzeniem takiego systemu. Równocześnie śmiem twierdzić, że owe trudności da się bez większego wysiłku pokonać.

Pierwszą trudnością może być brak przeznaczonego specjalnie do tych celów oprogramowania komputerowego, uwzględniającego rozmaite specyfiki szkół, preferencji itp. Drugą trudnością może być strach przed koniecznością wprowadzenia dużej liczby danych - np. przepisaniem ocen ze świadectwa każdego absolwenta. Cóż można na to odpowiedzieć?

Pierwsza trudność (jak i druga) jest do rozwiązania niemal od ręki. Otóż wystarczy zamówić taki program w jakiejś firmie trudniącej się produkcją oprogramowania.

Elementem takiego oprogramowania bezwzględnie powinny być "małe programiki", które zostałyby udostępnione każdej ze szkół podstawowych. Ich zadaniem byłoby zebranie danych o uczniach, ich preferencjach, ocenach itp., i zapisanie ich np. na dyskietce. Dyskietka taka wczytywana byłaby do programu głównego, zajmującego się rekrutacją. Oznacza to, że tak naprawdę żmudne "wklepywanie" danych (osobowych, świadectw) spoczywałoby na barkach pracowników szkoły, a nie okręgowej komisji egzaminacyjnej. W ramach jednej szkoły to już bez wątpienia "jest do ogarnięcia" - w końcu i tak każdemu uczniowi trzeba wypisać choćby świadectwo. Ja już nie mówię o tym, że dane te mogłyby zostać jednocześnie wykorzystane do wydrukowania owego świadectwa. Ja już nie wspomnę o tym, że dane te mogłyby zostać "zaczerpnięte" z programu prowadzącego sekretariat uczniowski, jeśli jest on w szkole używany. Ja już nie będę się rozwodził o innych z tego pożytkach.

Przyznaję, że taki program trzeba by było kupić. Zupełnie nie wiem, jakie byłyby koszty jego produkcji. Za to wiem na pewno, że ograniczyłoby to znacznie rozmiar rozczarowań i poczucia braku sprawiedliwości, tak dotkliwie odczuwany przez wrażliwych na tym punkcie młodych ludzi, że o ich rodzicach nie wspomnę.

W czasie, gdy pisałem powyższe zdania przyszła mi do głowy również i taka myśl, że gdyby się tak uprzeć, to można by było nawet niczego nie zamawiać, niczego nie kupować. Może wystarczyłby do tego celu np. arkusz kalkulacyjny? Zdefiniować tam parę reguł. Zebrać odpowiednio spreparowane arkusze ze szkół. A potem, jeśli nawet nie chcemy "odpalać" jakiegoś "makra", to tylko "sortować, sortować, sortować". Coraz bardziej podoba mi się ten pomysł!

Trochę o samym teście kompetencji, a raczej realizacji tej idei

Według mnie jest to krok we właściwą stronę. Jednak, jak to na wyboistych ścieżkach bywa, czasem człowiek się potyka.

Testy kompetencji (sprawdziany osiągnięć) są organizowane w szkole macierzystej ucznia szkoły podstawowej. Temu umiejscowieniu egzaminu przyświecała chwalebna troska o stan ducha i umysłu młodych ludzi piszących swój pierwszy poważny egzamin, którego wyniki mają zadecydować o ich przyszłości.

Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że poziom stresu towarzyszący temu wydarzeniu jest znacznie niższy wtedy, gdy egzamin odbywa się w znanych murach szkoły, do której uczęszczali, pod okiem znanych i przyjaznych nauczycieli.

Jest to założenie tak ważne i chwalebne, że aż odczuwam ból w sercu, gdy uświadamiam sobie, że w jego wyniku, egzamin nie spełnia swojego podstawowego zadania. Zadaniem tym jest wszak zmierzenie faktycznego poziomu osiągnięć każdego z uczniów poprzez przeprowadzenie obiektywnego i porównywalnego testu.

Zarzut ten stawiam na podstawie relacji ze sprawdzianu osiągnięć, zdanych mi przez mojego syna i pięcioro dzieci moich przyjaciół (każde z nich zdawało egzamin w innej szkole podstawowej). Wszyscy oni, po przyjściu do domów opowiadali ze zdumieniem o przerażającej wręcz skali niesamodzielnej pracy. Na moje pytanie, ilu z ich kolegów zostało jakoś ukaranych za niesamodzielną pracę, udzielali tylko pogardliwych odpowiedzi, dających mi do zrozumienia, jak bardzo nieżyciowym jestem człowiekiem. Mówili, że czuli wręcz jakąś atmosferę pobłażliwego przyzwolenia, która wynikała z tego, że nauczycielom zależało na tym, żeby "nasi uczniowie zdali jak najlepiej", "nasza szkoła wypadła jak najlepiej". Pytałem więc, jak na to zjawisko reagowali obserwatorzy z zewnątrz. Na takie dictum pogardę już nie tylko słyszałem w ich słowach, ale widziałem również w ich oczach. Otóż, jak wynika z ich relacji, obserwatorzy byli bardzo dobrze "zaopiekowani" przez nauczycieli danej szkoły. Pasjonujące rozmowy, zagadywania, przygotowywanie herbaty, pieczołowite wybieranie ciasteczek - wszystko i z kilku stron naraz, aby tylko nie dać szansy obserwatorowi na rozejrzenie się po sali. Bardzo familiarna atmosfera jednym słowem.

Pocieszam się jedynie tym, że dzieci w tym wieku mają niewyczerpane wręcz pokłady wyobraźni. Mam więc nadzieję, że kłamały jak z nut, by ze mnie zadrwić. Może bym się tak nie przejął relacjami owych dzieci, ale wyczułem w ich słowach jednocześnie rozżalenie. Początkowo nie wiedziałem, czym ono jest spowodowane, bo doszedłem do wniosku, że skoro wszyscy "ściągali", to przecież oni też, dzięki czemu będą mieć lepsze wyniki. Dotarło do mnie wreszcie, gdy spytałem, ile odpowiedzi oni "ściągnęli". Trójka z nich odpowiedziała: "Od kogo?", a trzy pozostałe, że może jedną, dwie, ale tak naprawdę to oni byli źródłem wiedzy dla swoich kolegów i koleżanek. Na moje uwagi, że przecież tym samym działali na swoją szkodę, odwrócili się ode mnie, jako od aspołecznej jednostki i zapytali retorycznie: "A Pan (Tato) nie pomógłby koledze z klasy w trudnych chwilach?". Już chciałem wychowawczo zakrzyknąć "Ależ skąd!", gdy przypomniałem sobie, ile "ściąg" z matematyki sam rzuciłem na swojej maturze.

Rozżalenie tych dzieci nie brało się stąd, że nie miały od kogo "odgapić" poprawnych rozwiązań, ale stąd, że przez osiem lat nauki były w ścisłej czołówce najlepszych uczniów swojej szkoły, aż tu nagle uczniów, którzy zdobyli tyle samo, bądź niemal tyle samo punktów co oni, zrobiło się niemałe "stadko". I nie o to chodzi, aby temu "stadku" żałować dobrych wyników, ale o to, że wyniki tego testu przestały być wiarygodne - przestały mierzyć faktyczne umiejętności uczniów. Dzieci te starały się o przyjęcie do szkół średnich o wysokich "progach" rekrutacyjnych. Przestały wierzyć w to, że do wymarzonej przez nie szkoły dostaną się faktycznie najlepsi, wszystko wskazywało bowiem, że dostaną się raczej ci, którzy wykażą się najlepszą sprawnością w zdobywaniu poprawnych rozwiązań, niekoniecznie uczciwą drogą.

Trzeba przyznać, że zmniejszono dzieciom stres egzaminacyjny, pozwalając im pisać w niemal komfortowych i "bezpiecznych" warunkach. Jednak nie wzięto pod uwagę przeżyć podczas oczekiwania na wyniki rekrutacji, która w ocenie zdających będzie dziełem przypadku, a nie rzetelnej oceny ich umiejętności. Warto dodać, że ten stres trwał znacznie dłużej (cały miesiąc) niż stres egzaminacyjny (dwa dni).

Jaki stąd wniosek? Myślę, że warto zastanowić się nad przeprowadzeniem prawdziwie zewnętrznych egzaminów - zorganizowanych tak, by nie tylko sprawdzanie prac, ale i same egzaminy odbywały się poza macierzystą szkołą, pod opieką komisji, którym nie zależy na jak najlepszej statystyce którejkolwiek szkoły podstawowej, ale na rzetelnych wynikach owego egzaminu.

Finał wieńczy dzieło, czyli słówko o ocenach na świadectwie ukończenia szkoły

Nie chcę się rozwodzić na ten temat. Podam tylko przykład, który mnie niepokoi i postaram się go nie komentować. 

Córka mojego przyjaciela była najlepszą uczennicą w szkole (na swoim poziomie oczywiście) . Przez wszystkie te lata miała z przedmiotu, powiedzmy "P", jako jedyna w klasie ocenę bardzo dobrą - należy tu zaznaczyć, że jej nauczyciel nie miał w zwyczaju wystawiać ocen celujących. Przyszedł czas, kiedy należało wystawić oceny na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej. I tutaj nauczyciel ów okazał się bardzo ludzki. Wiedząc, że niektórzy z jego uczniów będą stawać w szranki z uczniami innych szkół, postanowił podnieść im ocenę do bardzo dobrej. "Żebyście mieli większe szanse" - komentował. Myli się jednak ten, kto sądzi, że skutkiem tego nasza najlepsza uczennica otrzymała ocenę celującą. Przecież ocena bardzo dobra jest naprawdę bardzo dobra! Na tę ocenę ona faktycznie zasługiwała! Nie wygrała wszak żadnej olimpiady (konkursu dla szkół podstawowych). Tak oto, biorąc pod uwagę oceny ze świadectwa, nie odróżni dyrektor liceum uczennicy z oceną bardzo dobrą od uczennicy bardzo dobrej. Na szczęście, w tym akurat konkretnym wypadku, tatuś owej uczennicy okazał się człowiekiem nerwowym. Wpadł w taki szał i narobił w szkole takiego rabanu, że ów zasadniczy nauczyciel dla świętego spokoju wyróżnił córeczkę oceną celującą.

Dodam tylko, że ja w odróżnieniu od owego tatusia, jestem niezwykle spokojnym człowiekiem, czego bardzo żałuję, bo czasem taka mnie "nerwica" bierze, że…