Wojciech Tański
dyrektor Szkoły Podstawowej nr 9 w Olsztynie
Kto mi nie dał skrzydeł, czyli co gryzie ciało pedagogiczne


Bardzo długo zastanawiałem się, czy w ogóle zabrać się za pisanie tego artykułu. Miałem bowiem niejasne przeczucie, iż wkraczam na teren nie tylko, delikatnie mówiąc, śliski, ale będący też swego rodzaju polem minowym. Uznałem jednak, że niepodjęcie tematu byłoby poniekąd formą dezercji. Ponadto pisanie o problemach polskiej oświaty bez odniesienia się do bolączek trawiących całe rzesze pedagogów nie ma większego sensu. Dlatego chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami o kondycji stanu nauczycielskiego w naszym kraju. Ponieważ rzecz dotyczy kilkuset tysięcy ludzi i wszelkie uogólnienia mogłyby być nie tylko mylne, ale i krzywdzące, postanowiłem nie pisać o innych, lecz o sobie i dobrowolnie stać się przedmiotem swoistej wiwisekcji. Przypuszczam jednak, iż z podobnymi do moich problemami zetknęło się wielu zjadaczy chleba pedagogicznego w naszym kraju.

Nauczyciel wobec uczniów nowej generacji

Pracuję w szkole od  siedemnastu lat, uczyłem różnych przedmiotów w klasach od I do VIII. Pozwala mi to na spokojną i względnie rzetelną ocenę własnego przygotowania zawodowego, to znaczy wiedzy oraz umiejętności, które składają się na mój warsztat pracy. Powiem otwarcie - teraz dopiero widzę ogrom braków w tej materii.

Kiedy zaczynałem pracę, było tak pogodnie i spokojnie. Miłym i grzecznym dzieciom ubranym w granatowe fartuszki nie przychodziło do głowy, żeby przemieszczać się po klasie bez pytania, odzywać się bez pozwolenia, "rzucać mięsem" czy wyrażać publicznie swoją opinię na temat potencjału intelektualnego nauczyciela. Moja rola sprowadzała się do popisywania się wiedzą przed uczniami, co w języku oficjalnym zwało się nauczaniem, a potem sprawdzenia, ile z krynicy mej mądrości zdołali zaczerpnąć podopieczni, co z kolei nazywało się ocenianiem. Był to jedyny okres w moim zawodowym życiu, gdy byłem z siebie bardzo zadowolony.

Od ładnych paru lat w mury szkoły wstępują zupełnie inne dzieci. Dzieci, które są wiernym odbiciem otaczającego społeczeństwa, wraz ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Zaczęliśmy więc w szkole stykać się z otwartością, brakiem zahamowań, ale także z agresją, wulgarnością, często wręcz chamstwem. Nie mniejszym problemem jest także lawinowy wręcz spadek zainteresowania uczeniem się jako czynnością dotychczas naturalną w wieku młodzieńczym.

Konfrontacja z uczniami nowej generacji obnażyła całą mizerię mojego warsztatu pedagogicznego. Jak szydło z worka wyszły nie tylko braki powiedzmy dydaktyczne, ale przede wszystkim niedostatek wiedzy i umiejętności psychologicznych. Przyznam się, że dojście do takich konkluzji nie było dla mnie przyjemne, jednak po chwilach załamania nadszedł czas na refleksję. Przyszło mi na myśl, że odpowiedzialnością za moje dosyć niskie loty pedagogiczne mogę podzielić się z tymi, którzy mnie do niesienia kaganka oświaty przygotowywali.

Czego skąpią uczelnie

Kiedy spoglądam wstecz z perspektywy wielu lat pracy pedagogicznej, wydaje mi się, że mogę dosyć precyzyjnie określić, jakich umiejętności z uczelni kształcącej nauczycieli nie wyniosłem. Zabrzmi to brutalnie, lecz śmiem twierdzić, iż moja Alma Mater nie dała mi skrzydeł, które w pracy zawodowej pozwoliłyby mi na spokojny i pewny lot. Jedno skrzydło to warsztat dydaktyczno-metodyczny, drugie - to warsztat psychologiczno-socjologiczny. Bez nich pozostaje tylko kadłubek wiedzy z wybranej dyscypliny naukowej (docelowo - nauczanego przedmiotu). Natomiast niewielkie skrzydła powodują, że zamiast pedagogicznego orła czy sokoła mamy po prostu nielota.

Jakich umiejętności i wiedzy z zakresu metodyczno-dydaktycznego nie wyniosłem z wyższej szkoły nauczycielskiej? Wymienię jedynie cztery, w mojej ocenie najważniejsze, z długiego katalogu braków.

Ale co tam "skrzydło" dydaktyczne! Prawdziwa rozpacz ogarnia mnie, gdy uświadomię sobie, z jakimi brakami w zakresie przygotowania psychologiczno-socjologicznego moja ukochana uczelnia wypuściła mnie do pracy z dziećmi. Obecnie potrafię określić katalog owych niedoborów. Skoncentruję się na najważniejszych.

Myślę, że przedstawione powyżej bolączki i braki, które gryzą moje ciało pedagogiczne, nieobce są licznym moim współtowarzyszom doli nauczycielskiej w naszym kraju. Wielu z nas próbuje te zaległości warsztatowe nadrabiać, decydując się na różne formy doskonalenia kosztem wolnego czasu i najczęściej za własne pieniądze.

Będę się jednak upierał przy tezie, że lepiej coś zrobić dobrze od razu, niż potem nadrabiać i poprawiać. Ponadto myślę, że lepiej jest się uczyć w szkole niż na żywym materiale ludzkim. Dlatego klucza do prawdziwego sukcesu reformy systemu edukacji upatrywałbym w systemie kształcenia nauczycieli. Postanowiłem więc przyjrzeć się bliżej, jak moja dawna Alma Mater podjęła wyzwania reformowania oświaty i przygotowywania nauczycieli do pracy w zupełnie innej szkole niż ta znana mi z mych lat pacholęcych. Poprosiłem znajomą studentkę filologii polskiej (dodam od razu - specjalność nauczycielska - żeby wszystko było jasne) o jej plan studiów. Po przejrzeniu go zamieniłem się ze zdumienia w słup soli. W programie pięcioletnich studiów nie ma ani jednej godziny psychologii! To nie jest ponury żart! Od drugiego roku pojawiają się nieliczne godziny metodyki. I to wszystko. Pomyślałem więc, że jeżeli w trakcie moich studiów jednak przez parę semestrów poświęcano trochę czasu i uwagi różnym działom psychologii, a mimo to  okazało się, że niewystarczająco dużo, by właściwie przygotować mnie do nauczycielskiej profesji, to co będzie z obecnymi absolwentami? Wolę nawet nie myśleć.

Gdy pochylałem się nad planem studiów przyszłego nauczyciela języka polskiego, to stwierdziłem, że uczelnia nie wyposaży go w jeszcze jedną, współcześnie elementarną wręcz umiejętność. A za kilka lat nauczyciel niepotrafiący swobodnie posługiwać się technologią informatyczną oraz korzystać z zasobów Internetu będzie postrzegany przez uczniów jako swoisty dinozaur i dziwak. Twórcy wspomnianego planu nie pomyśleli chyba o tym. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że przez pięć lat studiów nie ma ani godziny zajęć z tego zakresu? 

To, co najważniejsze w kształceniu nauczycieli

Sądzę, że w systemie kształcenia nauczycieli należy dokonać rewolucji. Na jej sztandarach chętnie bym wypisał kilka haseł.

Być może komuś przedstawione powyżej propozycje wzięte razem mogą wydać się niezbyt trafne, jednak będę się upierał co do tezy, że kadry nauczycieli są w naszym kraju przygotowywane niewłaściwie. Wyliczone przeze mnie braki w warsztacie nauczyciela i wychowawcy nie dotyczą chyba tylko mnie. Pora więc najwyższa, żeby rozpocząć rzetelną dyskusję na temat koniecznych w tej materii zmian. Pomyślmy o swoich dzieciach, wnukach. Wszystkim nam powinno zależeć na tym, żeby szkoły kształcące nauczycieli zaczęły opuszczać orły zdolne do najwyższych lotów, a ciał pedagogicznych nie gryzły podobne do moich problemy.