Małgorzata Kramarz, Małgorzata Sapińska
Szkoła z pedagogiem czy bez?


Czy mi starczy dnia?

Drzwi gabinetu otwierają się powoli. Zaczerwienione oczy, blada twarz - chyba jakieś nieszczęście.

   - Co się stało, Aniu? (to przewodnicząca IIIc z LO, znam ją ze spotkań samorządu szkolnego).

   - Niech mi pani pomoże, ja już dłużej nie mogę. Profesorka od wuefu da mi pałę, bo nie ćwiczyłam, ale ja naprawdę nie mogłam.

Dziewczyna rzeczywiście źle wygląda.

   - Coś ci dolega? - pytam.

   - Tak. To znaczy, nie. Ja... jestem w ciąży.

Po jej policzkach płyną łzy, kuli się na krześle. Głaszczę ją po głowie. Gdzieś z jej wnętrza wyrywa się straszny szloch, targa nią tak, że nie może mówić. A ja siedzę przy niej i sama mam łzy w oczach. Boże, niecałe osiemnaście lat, życie przed nią.

   - Który to miesiąc? - zapytałam.

   - Już piąty - wyszeptała - ojciec wyrzuci mnie z domu, jak się dowie.

"Pedagog wie, o której godzinie zaczyna pracę, ale nigdy nie wie, kiedy ją skończy".

(pedagog szkolny)

Długo rozmawiałyśmy - całe szczęście, że dzisiaj przyszłam do pracy wcześniej. Okazało się, że dziewczyna była już spakowana. Planowała ucieczkę z domu - nie wiadomo dokąd, bez środków do życia. Jej chłopak - o rok starszy uczeń innego LO - podsunął jej pomysł ukrycia się w jakimś domu samotnej matki. Ale jak to wyjaśnić rodzicom? Co potem?

Uspokoiła się, rozważamy wszystkie możliwe warianty postępowania. Jutro spotkamy się we trójkę (Ania, jej chłopak i ja). Ustalimy, w jaki sposób mogą powiedzieć o wszystkim rodzicom.

Ojej, już 10.00! Muszę dostarczyć dyrektorowi listę uczniów potrzebujących pomocy materialnej. Wciąż jeszcze mam zaległy wywiad w jednej rodzinie. Może jutro uda mi się tam dotrzeć.

"Jako młody pedagog bardzo przeżywałam i brałam do siebie wszelkie problemy rodzinne moich uczniów. Często czułam się winna, bo wydawało mi się, że powinnam naprawić świat, np. spowodować, że alkoholik przestanie pić, ojciec zacznie zajmować się rodziną, wszyscy będą mieć pracę, dzieci będą słuchać rodziców itd. Po powrocie do domu nie mogłam o niczym innym myśleć, trudno mi było zasnąć. Pomogły mi lata praktyki i doświadczeń, które pozwoliły nabrać dystansu do wielu spraw, a także wsparcie, jakie uzyskałam, uczestnicząc w spotkaniach pedagogów oraz szkoleniach. Teraz wiem, co zależy ode mnie, co mogę zrobić, a co jest decyzją innych ludzi (rodziców, uczniów, nauczycieli). Nie znaczy to, że praca stała się dla mnie rutyną. Życie jest tak zaskakujące, iż co raz pojawiają się nowe problemy, o których wcześniej mi się nie śniło. Wciąż trzeba poszukiwać rozwiązań, uczyć się, "trzymać rękę na pulsie". I to jest wyzwaniem. Dzięki temu ta praca jest dla mnie fascynująca."

(pedagog w gimnazjum)

Telefon. Dzwoni psycholog z poradni - dwóch dyspanserów[1] z zawodowej nie złożyło dokumentów. Zaraz ich znajdę. Przy okazji ustalamy termin warsztatów aktywizujących dla klas trzecich. Mają być pracownicy z biura pracy. Podobno prowadzą dobre zajęcia.

Zaczęła się długa przerwa. Pędzę do pokoju nauczycielskiego. Muszę umówić się z wychowawcą Ia na zajęcia integracyjne. To młody nauczyciel, zaangażowany, ale bez doświadczenia, nie radzi sobie z klasą. W korytarzu zaczepia mnie matematyczka

   - Pani Małgosiu, Andrzej znów nie przyszedł do szkoły. Proszę coś z tym zrobić. A poza tym uczniowie z II b są wulgarni. Uszy więdną!.

W drugim końcu korytarza dostrzegam podejrzane zamieszanie.

   - Co się tam dzieje?! - usiłuję przekrzyczeć zgiełk.

Przeciskam się między uczniami. No tak! Znów bójka. Jeden ma już zakrwawiony nos.

   - Przestańcie! W tej chwili!

Nikt mnie nie słucha. Wkraczam między nich. Nie mam siły, żeby ich rozdzielić. Dlaczego nie jestem barczystym mężczyzną?! Przez chwilę trwa mocowanie. Mało brakowało, a dostałabym w oko. Na szczęście udało się. Teraz tylko obrzucają się inwektywami. Ciągle powtarza się "złodziej", a więc mamy kradzież. Zadzwonił dzwonek na lekcję. Schodzę z tymi dwoma do pielęgniarki - zdążyli się nieźle poturbować. Potem zabieram ich do mojego gabinetu. Usiłuję się dowiedzieć, o co poszło. Tłumaczą się, ale coś mi tu nie pasuje. Próbuję więc pogadać z każdym oddzielnie, najpierw z Jackiem. W pewnej chwili uświadamiam sobie, że on jest na mojej liście, dotyczącej pomocy materialnej.

   - Jacku już po jedenastej. Jadłeś dzisiaj śniadanie? - pytam.

   - Nie - spuszcza głowę.

Nie pytam już o nic więcej. To on był tym złodziejem. Ręce mi opadają. Mówię mu, że kradzież jest przestępstwem, że powinnam wezwać policję. Równocześnie wszystko się we mnie buntuje.

   - Posłuchaj - mówię stanowczo - jeśli oddasz skradzione pieniądze i przeprosisz kolegę - uznamy sprawę za załatwioną polubownie.

Powoli wyjmuje zgnieciony banknot i rzuca na biurko. To jego pierwsza próba kradzieży, jak widać nie ma doświadczenia. Mam ochotę zabrać go do domu i nakarmić. Gdzieś w głowie zapala mi się jednak lampka samokontroli: "Gośka, nie daj się ponieść emocjom! Nie naprawisz świata!". Na odchodnym wciskam mu swoją kanapkę. Oczywiście wzbrania się, jak może, ale w końcu ulega. Kolega z klasy przyjął przeprosiny. Teraz muszę porozmawiać z wychowawcą, tylko kiedy? Spoglądam nerwowo na zegarek. Za pół godziny prelekcja dla pierwszaków z LO. Mam nadzieję, że prelegent z MONAR-u zjawi się u mnie wcześniej. Usiłuję pozbierać myśli.

Wciąż mam przed oczyma Anię. Czy potrafię jej pomóc? Od czego zacząć? A jak ojciec rzeczywiście wyrzuci ją z domu... Pojutrze mam prowadzić dla nauczycieli szkolenie o agresji. Mam ogólny zarys prelekcji, ale na szczegóły nie wystarczyło mi już czasu. Dokumentacja leży odłogiem. Trzeba ścigać Andrzeja z IIb, w tamtym miesiącu był w szkole tylko kilka dni.

Dzwonek. Wpadają dwie uczennice:

   - Proszę pani, my przychodzimy w imieniu całej klasy. Proszę porozmawiać z profesorką od polskiego. Nie może nam zrobić pracy klasowej w czwartek, bo już mamy wpisaną klasówkę z fizyki.

   - A powiedziałyście o tym pani profesor?

   - Tak, ale ona nie chce nas słuchać. My naprawdę mamy teraz tyle nauki, że już nie dajemy rady, a tak w ogóle... profesorka wyzywa nas, krzyczy, straszy, że nikt nie zda matury.

No tak! Czeka mnie kolejna nieprzyjemna rozmowa. To już trzecia skarga na tę samą nauczycielkę. Czasami wydaje mi się, że niektórych ludzi powinien zbadać psycholog. Tak by się przydał w naszej szkole. Te dziewczyny nie wiedzą, ile mnie kosztuje przekonywanie tej kobiety, że uczeń to też człowiek. Zawsze potem dowiaduję się o jej komentarzach w stylu: "Taka młoda pedagożka, a jak się wymądrza!" Mogłaby przynajmniej raz powiedzieć mi to prosto w oczy, a nie za plecami.

Przepis na dobrego pedagoga

Aby uzyskać wysokiej klasy pedagoga szkolnego należy - z wielką starannością - przygotować najważniejsze składniki: osobowość i wiedzę. W tym celu trzeba zgromadzić:

  • otwartość i empatię - ma wzbudzać zaufanie, czasem być powiernikiem;
  • odwagę i zdecydowanie - nieraz będzie musiał walczyć o ucznia, ma być rzecznikiem jego praw;
  • powściągliwość w osądach i sprawiedliwość - do wyważania racji;
  • serdeczność, "ludzkie" podejście do otoczenia - do oschłego urzędnika nikt nie przyjdzie ze swoimi problemami;
  • rzutkość, aktywność, dobrą samoorganizację - będzie koordynatorem wielu działań, musi organizować rozmaite spotkania, kontaktować się z wieloma ludźmi i instytucjami, zabiegać o różne formy pomocy dla uczniów;
  • obowiązkowość - ludzi nie można zawieść.

Do tak uformowanej osobowości dodajemy stopniowo wiedzę, zdobytą podczas:

  • studiów pedagogicznych;
  • kursów, szkoleń, seminariów, konferencji, studiów podyplomowych (trzeba się liczyć z tym, że wiele z nich sporo kosztuje).

Kolejny niezbędny składnik to umiejętności nabywane wraz z wiedzą oraz w toku różnych praktyk. Zgromadźmy chociaż niektóre, takie jak:

  • łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi;
  • sprawowania indywidualnej opieki nad tzw. trudnymi uczniami;
  • prowadzenia mediacji;
  • rozpoznawania i diagnozowania sytuacji problemowych;
  • twórczego rozwiązywania problemów;
  • prowadzenia terapii - stosownie do potrzeb szkolnych;
  • organizowania i prowadzenia różnych zajęć grupowych
  • współpracy z ludźmi (nauczycielami, rodzicami, przedstawicielami rozmaitych instytucji);
  • twórczego przelewania swych zamierzeń na papier i wprowadzania ich w czyn;
  • sprawnego dokumentowania swojej pracy.

Gdy te ingrediencje należycie się połączą, powoli dodajemy doświadczenie. Całość okraszamy zawsze świeżym zapałem. Tak przygotowany produkt umieszczamy w gabinecie, sprawdzając, czy drzwi posiadają mocne zawiasy, bo z pewnością będą się często otwierały.

O! Jest pan z MONAR-u. Przechodzimy do auli. Młodzież już czeka. Początek prelekcji robi piorunujące wrażenie. Wszyscy słuchają. To dobrze, bo dealerzy narkotyków nie śpią. Dreszcze mnie przechodzą na wspomnienie ubiegłorocznych akcji z policją. Złapaliśmy wtedy dwóch - dobrzy uczniowie z naszej szkoły.

   - Pani Małgosiu - słyszę ściszony głos dyrektorki - ktoś na panią czeka.

Z daleka rozpoznaję ojca jednej z uczennic.

   - Dzień dobry - mówię i zapraszam go do gabinetu.

   - Nikt mnie nie będzie straszył sądem! - wykrzykuje w odpowiedzi.

   - Ja pana nie straszę. Ja już wystąpiłam do sądu z wnioskiem o ustanowienie nadzoru kuratora, ponieważ nie wywiązuje się pan z obowiązków rodzicielskich względem córki. Monika nie ma warunków do nauki, w ogóle do życia w domu.

Tu mi przerywa:

   - Co ty, k... możesz wiedzieć o moim domu?!.

Czuję, że moje nerwy nie wytrzymają tego dłużej.

   - Proszę Pana, tak się składa, że byłam w pańskim domu. Pan jednak nie może tego pamiętać, bo leżał pan kompletnie pijany, a pańscy kumple kończyli kolejną butelkę.

Na to on, dobrze już rozjuszony:

   - To mój dom i mogę w nim robić, co mi się podoba!

Otwieram okno, bo fetor akoholu jest nie do zniesienia. Siląc się na spokój, mówię mu:

   - Pańska córka związała się z podejrzaną grupą. Z tego, co wiem, nie wraca do domu na noc. Całymi tygodniami nie ma jej w szkole. Jest wulgarna i arogancka. Jeśli sytuacja nie zmieni się, na pewno nie skończy szkoły. Pan jest za nią odpowiedzialny!

Mój rozmówca skierował się do wyjścia. Z pogardą machnął ręką. Mam ochotę czymś w niego rzucić! Trzasnął drzwiami. Opadam z sił. Co ja mogę zrobić? Policja znajdzie dziewczynę. Odstawi ją do domu, a raczej do meliny, skąd ona zaraz ucieknie. Zanim sąd rozpatrzy wniosek, zanim kurator podejmie jakieś działania, zanim, zanim... Złość dławi mnie w gardle.

Zerkam na zegarek. Niedługo skończy się prelekcja. Idę pożegnać człowieka z MONAR-u, po drodze wstąpię do dyrektora i umówię się z nauczycielką od polskiego. Na śmierć zapomniałam o dyspanserach!

Słychać pukanie do drzwi.

   - Proszę - odpowiadam odruchowo.

Do gabinetu wchodzą dwaj uczniowie:

   - Profesor przysyła nas do pani na rozmowę.

Widzę już, że nie zdążę pójść do pokoju nauczycielskiego, ale to najwyraźniej sprawa do załatwienia "na gorąco", więc pytam, o co chodzi. Zanim zdążyli otworzyć usta, do gabinetu wpadł nauczyciel chemii:

   - Oni zdemolowali mi pracownię! Wandale! Gdzie się to chowało?! Co weźmie w łapy, to zaraz zniszczy!

Patrzę na tych chłopców i widzę wesołość na ich twarzach. Udało im się wyprowadzić z równowagi nauczyciela, cóż za satysfakcja. Rozmawiamy. Pytam o szczegóły zajścia. Udają niewiniątka. Oni tylko "przeprowadzali eksperyment". Dzwonię po wychowawcę. Wiem, że nie lubią chemika, ale to nie usprawiedliwia ich zachowania. Informuję ich, w obecności wychowawcy, że mają obowiązek posprzątać i naprawić wszystkie szkody, a oprócz tego przeprosić profesora od chemii. Odchodząc, jeden z nich wycedził przez zęby:

   - Od sprzątania jest sprzątaczka.

O, tego już za wiele!

   - Posłuchaj - mówię mu, z trudem kontrolując swoje wzburzenie - jeszcze dzisiaj zadzwonię do twoich rodziców. Twoje zachowanie jest skandaliczne.

Wyszedł bez słowa. Nie sądzę, aby się specjalnie tym przejął.

Uff! Pędzę do auli. Dziękuję prelegentowi. Przez okno widzę wychodzącą polonistkę. Już się z nią dzisiaj nie umówię. Trudno. Idę szukać pozostałych, z którymi chciałam porozmawiać.

Już po trzynastej. Jak co dzień zabieram "biuro" do domu, ach te papiery! Słyszę pukanie do drzwi. O nie! Mam ochotę powiedzieć: "Już mnie tu nie ma", ale oczywiście mówię:

   - Proszę.

Wchodzi uczeń - czwartoklasista z LO.

   - Chyba ze sobą skończę - mówi, nie patrząc mi w oczy.

Przełykam nerwowo ślinę. To już drugi w tym miesiącu.

   - Usiądź - mówię najłagodniej, jak umiem, a w głowie mam całkowitą pustkę.

Patrzy w okno i z pełną rezygnacją oświadcza:

   - To wszystko nie ma sensu. Całe moje życie od początku nie miało sensu.

Krok po kroku opowiada mi historię swojego dzieciństwa - ojciec alkoholik często bił matkę. Starszy brat szybko wyprowadził się z domu. Koszmar domowych awantur ciągnie się do dziś, chociaż wszyscy wokół udają, że tego nie widzą.

   - W końcu nie wytrzymałem - mówi przygnębiony - przedwczoraj pobiłem ojca. Leży teraz w szpitalu. Matka powiedziała, że nie mam po co wracać do domu, bo podniosłem na niego rękę, a ja stanąłem w jej obronie! Nie rozumiem tego! Nie rozumiem! - ukrył twarz w dłoniach.

   - Gdzie teraz mieszkasz? - pytam z przestrachem.

   - U babci.

Całe szczęście, że ma się gdzie zatrzymać.

   - A wie pani, co jest najgorsze? Właśnie teraz, kiedy wszystko mi się zawaliło, jeszcze odeszła ode mnie dziewczyna. Wydawało mi się, że mnie kocha, a ona... Nic mi się nie udaje, to wszystko nie ma sensu.

Szybko pozbierałam myśli i, jąkając się, wyjaśniłam mu, na czym polega syndrom kata i ofiary - to powinno mu pomóc zrozumieć reakcję matki. Rozmawiamy o jego związku z dziewczyną, próbując dotrzeć do przyczyn konfliktu. Tyle jeszcze niedojrzałości w tym chłopcu! I wciąż powtarza: "Bez sensu". Wiem, że jedno spotkanie ze mną, nie wpłynie na poprawę jego sytuacji. Spełniam tylko rolę pogotowia w nagłym wypadku. W myślach wertuję adresy psychologów, z którymi mogłabym go umówić. Niewykluczone, że tendencje samobójcze wyrosły na bazie depresji młodzieńczej. Staram się ważyć każde słowo, aby nie zranić go jeszcze głębiej. Boję się o niego! Po przeszło dwu godzinach odnoszę wrażenie, jakby się nieco odprężył. Wypowiedzenie dręczącego bólu samo z siebie przynosi ulgę. W końcu wstaje.

   - Jarku - pytam - czy czujesz się lepiej?

Nie wiem, co jeszcze mogłabym dla niego zrobić teraz. Daję mu swój numer telefonu. Dziękując, mówi mi, że musi wszystko jeszcze raz przemyśleć. Umawiamy się na jutro. Opadam ciężko na fotel. W głowie mam zamęt. Czy zrobiłam wszystko, aby ratować tego chłopca? Może powinnam skontaktować się z jego dziewczyną? Może pójść do matki? Jedno jest pewne - nie będę dzisiaj spać spokojnie.

Wreszcie wychodzę z gabinetu. Szkoła opustoszała. Myślę o tych wszystkich ludziach, z którymi dzisiaj rozmawiałam. Ostry głos woźnej sprowadza mnie na ziemię:

   - Pani pedagog! Proszę zobaczyć, co się dzieje w łazience u chłopców. Tony petów! Oni już się nawet nie kryją z tym paleniem. Dawniej tego nie było!

Odbieram to jako przytyk. W końcu to ja jestem odpowiedzialna za wychowanie młodzieży w tej szkole. Powinnam powiedzieć: "Ależ pani Mario! Ja zrobiłam, co w mojej mocy. Wygłosiłam dziesiątki pogadanek o szkodliwości palenia, zaprosiłam wielu specjalistów. Realizowałam olbrzymie programy profilaktyczne. I co z tego?" Odpowiadam jednak:

   - Ma pani rację - i już chcę wdać się w rozmowę, kiedy zapala się czerwone światło w moim mózgu: "Dość tego! Czas pomyśleć o domu".

Niejeden dyrektor bądź nauczyciel, czytając powyższy tekst, powie: "Eee..., gdzie są tacy pedagodzy? W naszej szkole pedagog siedzi za biurkiem w swoim gabinecie i wypełnia dokumenty. Owszem, pojedzie do poradni, czasem wygłosi jakąś pogadankę, innym razem wezwie rodzica. Niby robi to, co do niego należy, ale bez specjalnego entuzjazmu".

Pedagog pedagogowi nierówny

"Pedagog się sprawdza, gdy uczniowie przychodzą do niego z problemami. Zastanawiałbym się, czy jest potrzebny pedagog, który nie zdobył zaufania uczniów i zajmuje się tylko formalizmami, papierkową robotą. Funkcja to mało - liczy się sposób jej sprawowania. Pedagog powinien pozyskać całą młodzież. Jego misja to być blisko drugiego człowieka, być mu wsparciem. I sprostać nawet najtrudniejszym sytuacjom. Pedagog to stanowisko, które się wypełnia człowiekiem".

(dyrektor LO)

Niektórzy pedagodzy wykonują swoje obowiązki w stylu urzędniczym. Poprzez specyficzny sposób bycia, sztywność, oschłość, brak zaangażowania połączonego z empatią stwarzają swoistą barierę pomiędzy sobą i pozostałymi ludźmi. Ich gabinety to "twierdze", do których raczej nie przychodzi się z własnej woli. Wykonują powierzone im obowiązki, ale są zamknięci na ludzi. Uczniowie i rodzice zazwyczaj boją się ich lub nie wiedzą o ich istnieniu. Nauczyciele i dyrektorzy nie znajdują u nich wsparcia. I - choć formalnie nie można im nic zarzucić - obserwując ich pracę, odczuwa się pewien niedosyt.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy pedagog musi zostawać po godzinach, spalać się w swojej nadaktywności. Często młodzi pedagodzy angażujący się emocjonalnie w sprawy uczniów (w wielu sytuacjach trudno jest zachować dystans) nie wytrzymują napięcia i rezygnują z pracy.

Jakiego pedagoga potrzebuje współczesna szkoła?

"Pedagodzy, którzy kiedyś zajmowali się orzeczeniami, pomocą socjalną, dożywianiem uczniów itp., teraz muszą być terapeutami."

(dyrektor szkoły podstawowej)

Na pewno nie urzędnika, lecz osoby aktywnej. Jak twierdzi dr Małgorzata Prokosz z Zakładu Pedagogiki Opiekuńczo-Wychowawczej w Instytucie Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego - dobrym pedagogiem może być ten, kto jest otwarty na drugiego człowieka oraz gotowy do ciągłej pracy nad sobą. Jeśli dodamy do tego wiedzę psychologiczno-pedagogiczną (szczególnie cenna jest znajomość psychologii rozwojowej) oraz umiejętności praktyczne nabyte w trakcie studiów i rozmaitych kursów dokształcających, możemy być pewni, że taki pedagog będzie fachowym wsparciem dla dyrektora, wychowawców, uczniów. Dlaczego tak ważna jest otwartość? Bo człowiek (bez względu na wiek) otwiera się tylko przed takim słuchaczem, który jest otwarty na niego. Z kolei bez ustawicznego doskonalenia się, poszukiwania nowych, skuteczniejszych metod i niestosowanych dotąd rozwiązań pedagog nie nadąży za rzeczywistością, która wciąż się zmienia.

"Z wychowawcami współpracuje się różnie. Zresztą i koleżanki z innych szkół, z którymi rozmawiałam mają podobne doświadczenia. Jedni zgłaszają problem na przykład ucznia Kowalskiego, mówią »zrób z nim coś« i wycofują się, inni są bardziej nastawieni na wspólne działanie."

(pedagog w zespole szkół
ogólnokształcących )

Studenci pedagogiki podczas praktyk mają możliwość sprawdzenia się w różnych placówkach opiekuńczych. Odkrywają w ten sposób swoje predydpozycje osobowościowe do pracy w określonym miejscu i z określoną grupą ludzi. Jednemu bardziej odpowiada praca z dziećmi w domu dziecka czy świetlicy środowiskowej, innemu - w poradni, jeszcze innemu w szkole czy gdzie indziej. Mimo to nawet tacy absolwenci pedagogiki, którzy posiadają rozległą wiedzę i bardzo dobre oceny, mogą się nie sprawdzić w pracy, gdy zabraknie im otwartości, odwagi, a nieraz nawet tężyzny fizycznej. Z wypowiedzi dr M. Prokosz wynika, że pedagog zanim zacznie pomagać innym, powinien odkryć siebie (swoje lęki, słabości, uprzedzenia, tkwiące w nim niezałatwione sprawy z przeszłości, a także mocne strony, potrzeby i możliwości). Musi też zdawać sobie sprawę z tego, że nie rozwiąże wszystkich problemów. Jeśli jednak zechce szukać, uczyć się, pukać do różnych drzwi - z pewnością jego praca będzie z roku na rok coraz bardziej owocna i satysfakcjonująca.

Takich pedagogów chcieliby mieć w swoich szkołach dyrektorzy i nauczyciele. Ich wymagania i oczekiwania względem pedagogów są coraz większe, tak jak i potrzeby szkoły. Generalnie jednak - pedagog powinien być rzecznikiem praw ucznia, koordynatorem wszelkich działań mających na celu niesienie pomocy uczniowi. Nie wszyscy dostrzegają, że aby mógł dobrze spełniać te funkcje, musi posiąść umiejętność aktywnego słuchania, stać się powiernikiem. Nie każdy potrafi nim być. Zdarza się tak, że w jednej szkole pracuje dwóch pedagogów. Obaj mają identyczne przygotowanie zawodowe. Jeden nieustannie rozwiązuje problemy, a drugi ich nie widzi. Do jednego wciąż przychodzą uczniowie, rodzice i nauczyciele, a drugi siedzi bezczynnie. Dlaczego? Bo - jak powiedziała jedna z nauczycielek - jeden przyciąga ludzi, ma tę "pedagogiczną duszę", a drugi nie.

Ponadto pedagog powinien być specjalistą w dziedzinie wychowania. Dlatego wymaga się od niego szeregu umiejętności, między innymi: łatwego nawiązywania kontaktu z ludźmi, rozpoznawania i diagnozowania sytuacji problemowych, sztuki mediacji, prowadzenia terapii - stosownie do potrzeb szkolnych, organizowania i prowadzenia rozmaitych zajęć indywidualnych oraz grupowych (warsztatów, pogadanek, prelekcji, szkoleń nauczycieli, pedagogizacji rodziców), tworzenia różnego rodzaju programów (profilaktycznych, wychowawczych i innych) i wprowadzania ich w życie, współpracy z różnymi instytucjami, koordynowania działań podjętych w celu niesienia pomocy uczniom. Dysponując tak bogatym warsztatem pracy, ma wspierać działania nauczycieli, pomagać wybrać najwłaściwsze w danej sytuacji postępowanie, czuwać nad jego realizacją, modyfikować itd. Jednak wielu wychowawców klas chętnie zrzuca całą pracę wychowawczą na pedagoga, żądając rozwiązywania problemów, ale nie oferując ze swojej strony gotowości do współpracy.

"W podstawówce i w liceum co pół roku czy co rok zjawiał się pedagog praktycznie z tą samą gadką o zagrożeniach narkomanią, o skutkach palenia itp., kończoną zawsze tak samo: »Jak będziecie mieć jakieś problemy, to zawsze możecie się do mnie zgłosić«. I tyleśmy go widzieli. Zero zainteresowania tym, co się naprawdę z nami dzieje. Nie słyszałam, żeby ktokolwiek z mojej klasy do niego chodził. Gdy zaczęłam naukę w liceum, tam pedagogiem była pani, która mogłaby być naszą babcią. W czasach jej młodości pewnie szkoła wyglądała zupełnie inaczej. Ale czy można traktować poważnie osobę, która realną całkiem sprawę narkomanii »kładzie« kompletnie, plotąc o wstrzykiwaniu marihuany strzykawką? Gdy odeszła na emeryturę, jej następcą został młody facet, taki luzak w dżinsowej kurtce. Ten próbował nas trochę zagadywać. No, z nim może moi koledzy by pogadali. To się liczyło, bo w końcu chłopaków było trzy czwarte klasy."

(absolwentka renomowanego LO w dużym mieście)

U podstaw takiej roszczeniowej postawy znajduje się niedostatek wielu umiejętności, a czasami otwartości i chęci doskonalenia warsztatu wychowawcy (zainteresowanie kursami tego typu jest niewielkie, nawet gdy uczestnictwo w nich nie jest odpłatne).

Niezależnie od nauczycielskich wymagań względem pedagoga, uczniowie mają swoje własne - nie zawsze je jednak formułują. Pedagog powinien umieć je rozpoznać. O ile dzieci w szkole podstawowej oczekują od niego opiekuńczości, matkowania, nierzadko pomocy materialnej w postaci bułki, kubka mleka, o tyle praca wśród zbuntowanych gimnazjalistów niesie ze sobą konieczność stosowania specjalnych technik i umiejętności pedagogicznych, dzięki którym możliwe jest dotarcie do uczniów i właściwe rozpoznanie ich problemów. Dojrzewający młodzi ludzie chcą w pedagogu odnaleźć profesjonalistę, człowieka o silnej osobowości, mocnych zasadach, dobrze zorientowanego w sprawach dla nich ważnych, z którym można porozmawiać o problemach związanych z dojrzewaniem, o muzyce, sporcie itp. - wtedy obdarzą go zaufaniem. Inny jest wreszcie profil oczekiwań wobec pedagoga w szkołach ponadgimnazjalnych. Tam dorastająca młodzież oczekuje partnerstwa, wsparcia i specjalistycznej pomocy opartej na rzetelnej wiedzy i umiejętnościach pedagoga. Nie powierzą swoich problemów pozorantowi, tym bardziej, że ranga tych problemów jest z reguły poważna. Specyficznym środowiskiem są szkoły zawodowe. Uczniowie, którzy do nich uczęszczają, zazwyczaj słabo się uczą, pochodzą z niezamożnych lub dysfunkcyjnych rodzin, nierzadko sięgają po alkohol, wchodzą w konflikt z prawem. Niektórzy nauczyciele pomiatają nimi. Pedagodzy mają w tych szkołach trudną rolę do spełnienia - z jednej strony muszą przy współpracy z policją, sądami ścigać nieletnich przestępców (wcale nie należą do rzadkości szkoły, gdzie nawet kilkunastu uczniów ma nadzór kuratorski), docierać do rodzin wagarowiczów itp. a z drugiej - stanowić oparcie dla młodych ludzi, a nawet bronić ich przed wyniosłymi "starymi belfrzycami". Chłopcy w klasach męskich woleliby pedagoga - mężczyznę, bo "z facetem łatwiej pogadać".

Ci pedagodzy, którzy są świadomi wymagań otoczenia i chcą im sprostać, szukają możliwości rozwoju. Uczestniczą w rozmaitych kursach, seminariach. Jak wynika z wypowiedzi pracowników poradni psychologiczno-pedagogiczych, kuratoriów, ośrodków doskonalenia nauczycieli - stanowią oni dość liczną grupę, niezwykle aktywną, poszukującą, otwartą na nowości. Dlaczego? Zdaniem Urszuli Neumann - doradcy DODN we Wrocławiu: "Zmusza ich do tego szeroki wachlarz problemów, z którymi mają do czynienia w swojej pracy (począwszy od pedagogiki i psychologii aż po prawo) oraz oczekiwania dyrekcji, nauczycieli, rodziców. Chętnie poszukują nowatorskich rozwiązań".

"Wychowawcy nie radzą sobie i z uczniem, i z grupą, więc pośpiesznie kończą lekcje i wychodzą. Byle jak najszybciej opuścić szkołę. Niejeden wychowawca przemyka chyłkiem, omija pokój nauczycielski z daleka, żeby mu koledzy nauczyciele nie nagadali: »A wiesz, ten twój Kowalski to u mnie na lekcji...«".

(dyrektor szkoły podstawowej w dużym mieście)

Przy wielu poradniach psychologiczno-pedagogicznych oraz ODN-ach powstały grupy wsparcia dla pedagogów szukających pomocy. W ramach spotkań takiej grupy każdy pedagog może wspólnie z innymi rozważyć problemy, z którymi boryka się w szkole. Dzielenie się doświadczeniami umacnia. Wspólnie łatwiej jest wypracować strategię postępowania w trudnych przypadkach.

We Wrocławiu z inicjatywy pedagogów i psychologów powstało Stowarzyszenie Pedagogów i Psychologów Szkolnych[2]. Jego założyciele chcą zintegrować środowisko pedagogów i psychologów szkolnych, pomóc im w podnoszeniu kwalifikacji zawodowych poprzez organizowanie konferencji, sympozjów i szkoleń tematycznych. Stowarzyszenie zamierza także prowadzić badania oświatowe i diagnozę środowiska wychowawczego uczniów oraz udzielać pomocy psychologiczno-pedagogicznej uczniom, ich rodzicom i nauczycielom.

Sceptyk, czytając to, mógłby powiedzieć: "Dawniej w szkołach nie było pedagogów. Nauczyciele radzili sobie z wychowaniem. Nie trzeba było tylu kursów kończyć, a młodzież była lepiej wychowana niż dziś". I tu nasuwa się pytanie: Dlaczego obecnie szkoły tak potrzebują dobrych pedagogów?

Skąd ten popyt na fachowców od wychowania?

Jak twierdzą dyrektorzy i nauczyciele - lawinowo wzrasta liczba nieakceptowanych zachowań uczniów oraz poszerza się katalog problemów wychowawczych. Wśród wielu negatywnych zachowań dzieci i młodzieży jako szczególnie uciążliwe i najczęściej występujące wymienia się: agresję słowną (wulgaryzmy, grożenie) i czynną (rękoczyny) w stosunku do koleżanek i kolegów, a nawet nauczycieli, znęcanie się (czasem grupowe, przybierające niekiedy postać tzw. fali, jak w wojsku), wagarowanie, palenie papierosów, picie alkoholu i narkotyzowanie się. Obserwuje się tu swego rodzaju akcelerację negatywną - coraz młodsze dzieci sięgają po używki oraz prezentują postawy aspołeczne, np. już niektórzy pierwszoklasiści w szkole podstawowej mają problem z funkcjonowaniem w grupie, są aroganccy wobec nauczycieli i agresywni w stosunku do innych dzieci, ich język obfituje w przekleństwa. Jest to dla pedagoga sygnał o konieczności prowadzenia intensywnej pracy indywidualnej z tymi dziećmi, ich rodzicami, a także wspierania nauczycieli, zwłaszcza młodych. Poza tym - wraz z utworzeniem gimnazjów - pojawiły się zupełnie nowe problemy.

Gimnazjaliści, którzy jeszcze kilka lat temu byliby nadal uczniami szkoły podstawowej, teraz jako jej absolwenci poczuli się bardziej dorośli i przejęli wzorce zachowań od starszej młodzieży. Również tutaj wystąpiło zjawisko negatywnej akceleracji - już piętnasto-szesnastolatkowie dopuszczają się poważnych czynów przestępczych (pobicia, wymuszenia pieniędzy, gwałty, handel narkotykami). Utworzenie dużych skupisk młodzieży w tak trudnym wieku rozwojowym sprzyja rozprzestrzenianiu się zachowań społecznie nieakceptowanych (tłum daje poczucie siły). Poza tym młodzi ludzie, zwłaszcza z terenów wiejskich, muszą dojeżdżać do szkoły (często gimnazjum gromadzi młodzież z kilku-kilkunastu wsi). Na przystankach i w "gimbusach" rozgrywają się sceny, przypominające wątki z seriali kryminalnych - starsi szantażują młodszych, demonstracyjnie palą papierosy i przeklinają, tworzą się grupy wzajemnie zwalczające się (dochodzi do poważnych pobić), pobudzeni seksualnie chłopcy napastują dziewczynki.

Ponadto - jak twierdzą pedagodzy - młodzież jest coraz słabsza psychicznie. Stąd liczne przypadki depresji młodzieńczej i związanych z nią prób samobójczych. Rośnie liczba anorektyczek (problem niedostrzeżony w porę oznacza śmierć) oraz chłopców "dokarmiających" mięśnie. W domach rodzinnych coraz częściej dochodzi do molestowania seksualnego - skrzywdzone w ten sposób dzieci wymagają specjalnej terapii. Dodajmy do tego ciąże nastolatek, wiązanie się młodych ludzi z podejrzanymi grupami nieformalnymi i sektami.

Nasilają się też problemy innej natury - w wielu miejscowościach o dużym wskaźniku bezrobocia coraz wyraźniej daje o sobie znać ubóstwo rodzin i wynikający z niego brak podstawowych środków materialnych (żywności, odzieży, przyborów szkolnych dla dzieci).

Czy nauczyciele i wychowawcy są przygotowani do zajmowania się wszystkimi wymienionymi problemami? I czy chcą się nimi zajmować?

Czy znajdą czas na rozpoznawanie sytuacji uczniów, organizowanie pomocy, ściganie wagarowiczów, rozmowy z rodzicami i inne działania? Jeśli nawet tak, to z pewnością nie sięgną po wszystkie potencjalne środki zaradcze czy terapeutyczne. Znacznie większą ich gamą potrafi się posłużyć fachowiec - pedagog lub psycholog.

Jeden z wychowawców nazwał pedagoga prawą ręką nauczycieli. Jak zatem funkcjonują szkoły, które muszą się bez niego obejść?

Szkoła bez pedagoga

"W naszej szkole, liczącej 12 oddziałów szkoły podstawowej i 13 oddziałów gimnazjum, nie ma pedagoga. Cała gmina musi się obyć bez pedagoga szkolnego. Wszelkie problemy z uczniami jesteśmy zmuszeni rozwiązywać sami - dyrektor, wicedyrektor i wychowawcy, a w szkole jest coraz więcej uczniów potrzebujących indywidualnej pomocy".

(nauczyciel)

Z wypowiedzi dyrektorów wynika, że w wielu szkołach nie ma pedagoga, bo albo gminy nie stać na jego zatrudnienie choćby na część etatu, albo - co gorsza - władze w ogóle nie widzą lub nie rozumieją takiej potrzeby. Tam, gdzie nie ma pedagoga szkolnego, jego funkcje przejmują dyrektor i nauczyciele. Wówczas ich działalność pedagogiczna skupia się na rozwiązywaniu doraźnych problemów oraz obejmuje te fragmenty działań systemowych, które nauczyciele są w stanie zrealizować podczas godzin wychowawczych. Jednak - jak zauważają dyrektorzy - przy organizowaniu pomocy uczniom brakuje koordynatora.

W małych miejscowościach, gdzie wszyscy się znają, a nauczyciele dobrze pełnią funkcję wychowawców, brak pedagoga nie jest wielkim problemem. W trudnych sytuacjach korzysta się tam z pomocy pedagogów z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Jednak w niektórych środowiskach (np. popegeerowskich wsiach, miasteczkach o dużym wskaźniku bezrobocia, w tych dzielnicach dużych miast, w których skupiają się rodziny dysfunkcyjne), gdzie, niezależnie od liczby uczniów, pojawiają się poważne problemy wychowawcze, specjalista - pedagog - jest w szkole niezbędny.

Czego potrzebuje pedagog w pracy?

Najważniejsze jest zrozumienie i wsparcie dyrektora. Wówczas pedagogowi jest łatwiej ułożyć sobie stosunki ze wszystkimi nauczycielami tak, by sprzyjały dobrej współpracy. Zyskując akceptację dla swoich poczynań, pedagog może zrealizować wiele cennych programów. Nie jest traktowany jak człowiek do "łatania dziur" (obsadzania nagłych zastępstw i załatwiania wszelkich spraw, którymi nie ma się kto zająć). Nie obarcza się go dodatkowymi obowiązkami, takimi jak np. udział w pracach komisji, które nie mają związku z działalnością pedagogiczną. Jeśli dyrekcja szkoły rozumie, na czym polega rola pedagoga (ma być rzecznikiem uczniów, pośrednikiem czy mediatorem w kontaktach uczeń - nauczyciel, uczeń - wychowawca, uczeń - dyrektor) nie powierza mu wychowawstwa klasy ani dyżurów dyrektorskich, a nauczyciele nie używają go jako straszaka (srogość nie sprzyja porozumieniu).

Gabinet pedagoga (w wielu szkołach nie ma takiego pomieszczenia) powinien stanowić swoistą enklawę, miejsce, gdzie można przyjść i bezpiecznie porozmawiać o swoich problemach. Nie zastąpi go wydzielona część sekretariatu czy pokoju nauczycielskiego. Ważne jest wyposażenie - nie tylko biurko, które kojarzy się z urzędnikiem, ale przede wszystkim pomoce do terapii, np. materace, niskie stołki do pracy z grupą. Niezbędny jest telefon, przydatny komputer.

Efektywność pracy pedagoga szkolnego, a nawet w pewnej mierze sposób sprawowania tej funkcji uzależniony jest również od warunków zewnętrznych, przede wszystkim lokalizacji i mierzonej liczbą uczniów wielkości szkoły. W małych placówkach możliwe jest nawiązanie przez pedagoga osobistego kontaktu z każdym uczniem, nauczycielem i rodzicem. W olbrzymich "tysiąclatkach" lub zespołach szkół tego typu kontakt jest wybiórczy - obejmuje tylko tzw. trudnych uczniów, ich rodziców oraz niektórych nauczycieli. Jeden człowiek nie jest w stanie objąć opieką tysiąca uczniów. W takich warunkach uwadze pedagoga umyka wiele istotnych spraw. Niezałatwione w porę, urastają do znacznie poważniejszych rozmiarów, czasem odzywają się zwielokrotnionym echem.

Nie bez znaczenia jest również organizacja pracy pedagoga - czy jest zatrudniony w jednej szkole, czy w kilku. W niektórych gminach bowiem zatrudnia się jednego pedagoga do obsługi kilku szkół i placówek oświatowych. W każdej z nich bywa wówczas przez dzień lub dwa dni w tygodniu po parę godzin.

Taki model pracy podyktowany został względami czysto ekonomicznymi. Jak pokazuje praktyka, aktywny "objazdowy" pedagog, przy dużym wsparciu dyrektora i nauczycieli, może wiele zdziałać, ale tylko w małych szkołach i w środowisku, gdzie zagrożeń jest mniej, np. na wsi[3]. Natomiast duże szkoły, gdzie skala i natężenie problemów są zdecydowanie większe, "domagają się" pedagoga stacjonarnego. Generalnie, tzw. działania zaplanowane (pogadanki, prelekcje, szkolenia, warsztaty itp.) można realizować w każdym systemie pracy, ale działalność doraźna wymaga obecności w danym momencie - tu i teraz. Uczniowie przeżywający różnego rodzaju trudności oczekują obecności i dostępności pedagoga właśnie wtedy, gdy zdecydują się powierzyć mu swoje problemy. W pewnej szkole uczennica z wyrzutem powiedziała pedagogowi: "Tak bardzo chciałam z panią porozmawiać, ale znalazłam tylko kartkę na drzwiach. A dzisiaj to już nie to samo, już mnie tak nie boli". Okazało się, że dziewczynka została pobita przez ojca. Wstydziła się powiedzieć o tym wychowawcy. Pedagog jednak pracował w tym dniu w sąsiedniej szkole. Natychmiastowa, zdecydowana reakcja pedagoga jest potrzebna również, gdy dojdzie do bójki między uczniami lub innych zachowań aspołecznych. Gdy pedagoga nie ma, sprawą zajmują się wychowawcy lub dyrektor. Odroczona o kilka dni rozmowa z pedagogiem nabiera innego charakteru, a jemu samemu trudno jest bez własnego oglądu sytuacji wyważyć racje.

Mimo że pedagog jest z założenia osobą wspierającą wychowawców i dyrektora oraz pomagającą uczniom, bywają takie sytuacje, w których daje mu się do zrozumienia, że jest niewygodny, niepotrzebny.

Komu przeszkadza pedagog w szkole?

"Pedagog naraża się na przykrości ze strony nauczycieli, którzy czasem mówią: »Pojadłaś rozumy! Jak byś przyszła do klasy, to byś zobaczyła«."

(dyrektor szkoły podstawowej)

Z pewnością nie cieszy się sympatią uczniów, wobec których pełni funkcję organu ścigania (amatorzy papierosów i alkoholu, wagarowicze, łamiący prawo) oraz niedostosowanych społecznie, którym wytyka złe zachowanie i próbuje skłonić ich do autorefleksji i pracy nad sobą. Jest również niewygodny dla rodziców zaniedbujących swoje dzieci (przychodzi do ich domu, ciągle wymaga zajęcia się dziećmi, kontroluje, a gdy zachodzi konieczność, nasyła na nich policję, kuratorów). Także wychowawcy nie zawsze patrzą na niego przychylnym okiem. Dotyczy to zwłaszcza tych sytuacji, kiedy pedagog ingeruje w nieprawidłowe relacje pomiędzy nauczycielami i uczniami. Wielu nauczycieli nie chce przyjąć żadnych sugestii pedagoga (nawet w najdelikatniejszej formie), jeśli jest w nich zawarta krytyka ich postępowania. Niektórzy, mimo że nie radzą sobie z wychowankami, unikają rozmowy z pedagogiem, ponieważ boją się zdemaskowania swojej niewiedzy i nieporadności.

Są też takie szkoły, w których dyrektorzy nie chcą słyszeć o problemach na własnym podwórku. Tam pedagog jest solą w oku, bo psuje sztuczny, sielankowy obraz szkoły i wyciąga na światło dzienne różne niedociągnięcia i kłopoty. Bywa też nieakceptowany, gdy wyrywa z letargu i chce czy wręcz żąda podjęcia wspólnie energicznych działań.

Różnie odnoszą się do sprawy zatrudniania pedagogów władze samorządowe. Ich przedstawiciele często nie są świadomi, jaką rolę ma do spełnienia pedagog w szkole. Sądzą, że skoro dyrektorzy i nauczyciele mają przygotowanie pedagogiczne, to powinni sobie radzić z wszystkimi sprawami opiekuńczo-wychowawczymi, a najtrudniejsze przypadki i tak są w gestii policji i kuratorów sądowych. To, oprócz przyczyn ekonomicznych, drugi powód skłaniający niektóre wydziały oświaty do cięć etatów bez rozważenia wszystkich za i przeciw.

Czy warto mieć pedagoga w szkole?

"Nie mamy pedagoga, nie mamy psychologa, a bardzo są potrzebni w naszej szkole."

(dyrektor zespołu szkół ogólnokształcących)

To pytanie zapewne nurtuje tych dyrektorów, którzy pedagoga w szkole nie mają. Wielu spośród nich przytłoczonych rosnącą liczbą problemów wychowawczych podejmuje starania, żeby wygospodarować w szkole etat lub uzyskać potrzebne w tym celu środki finansowe od organu prowadzącego szkołę.


"Wychowawcom i mnie samemu brakuje czasu i specjalistycznego przygotowania, dlatego zabiegam o pedagoga. Uzyskałem od władz obietnicę, że w przyszłym roku szkoła będzie go miała".

(dyrektor szkoły podstawowej)

Jeśli zaś uzyskają zgodę władz i środki potrzebne do jego zatrudnienia, niejednokrotnie stają przed koniecznością wyboru: zatrudnić specjalistę z zewnątrz czy powierzyć tę funkcję jednemu z nauczycieli (wielu dydaktyków ukończyło studia pedagogiczne). Mając do wyboru młodego, niedoświadczonego pedagoga i np. nauczycielkę z wieloletnim stażem - dyrektor niejednokrotnie wybiera tę drugą. Dlaczego? Powodów może być wiele, np. nauczycielce brakuje godzin do pełnego etatu, dyrektor nie chce wprowadzać nowej osoby do grona pedagogicznego, bo "starzy" są sprawdzeni i zgrani.

"Pedagog, jako osoba nie związana z konkretnym przedmiotem nauczania, zapewnia uczniom poczucie bezpieczeństwa i zaufania. Uczeń zdobywa się na szczere i otwarte kontakty z pedagogiem, bo może mieć pewność, iż nie przeniesie się to na jego oceny z jakiegoś przedmiotu."

(pedagog pracujący w poradni psychologiczno-pedagogicznej)

Bywa również i tak, że wśród nauczycieli znajduje się osoba szczególnie predystynowana do objęcia tego stanowiska (ciepła, otwarta, dobrze znająca środowisko, łatwo nawiązująca kontakt z ludźmi). Uczniowie zwłaszcza ze szkół podstawowych lgną do takich ludzi (w jednej z wrocławskich szkół sami odkryli taką osobę - jest nią... pielęgniarka szkolna. Jak mówią: "Do niej zawsze można przyjść, wygadać się, poskarżyć").


"Jako młody wychowawca w szkole zawodowej bywałem nieraz bezradny. Uczniowie - sami chłopcy - potrafili mnie wyprowadzić z równowagi, zdarzało się, że przychodzili pijani na lekcje. Muszę przyznać, że bałem się niektórych (wyżsi o głowę, wysportowani; nie miałbym szans, gdyby doszło do rękoczynów). Na szczęście dla mnie w szkole pracował pedagog - starszy już harcerz-pasjonat. Nie wiem, jak on to robił, ale młodzież go szanowała i liczyła się z jego zdaniem. Potrafił z nimi rozmawiać, łagodzić napięcia. Umiał znaleźć prowodyrów złego zachowania, którzy nakręcali całą klasę, a potem pracował nad nimi. Dzięki niemu czułem się bezpiecznie - zawsze można było odesłać do niego jakiegoś gagatka i dalej spokojnie prowadzić lekcję."

(nauczyciel)

Oczywiście sama obecność i cechy osobowościowe nie wystarczą, bo do bycia pedagogiem z prawdziwego zdarzenia potrzebne jest solidne przygotowanie zawodowe i chęć stałego doskonalenia umiejętności. Czasami optymalnie byłoby podzielić etat na dwie części i zatrudnić obie osoby. Ich współpraca (z jednej strony doświadczenie i dobra znajomość środowiska, z drugiej - zapał i profesjonalne przygotowanie absolwenta pedagogiki) mogłaby przynieść uczniom i nauczycielom wiele dobrego. Nie można jednak pominąć zdania starszych uczniów, zwłaszcza ze szkół ponadpodstawowych, dla których ważne jest, aby pedagog nie był równocześnie nauczycielem jakiegoś przedmiotu. Z tego powodu wielu swoich problemów nie chcą powierzyć wychowawcom, obawiając się represji z ich strony (np. obniżenia oceny z zachowania, wykorzystania poufnych informacji w kontakcie z innymi nauczycielami).

Z wypowiedzi dyrektorów i nauczycieli jednoznacznie wynika, że w szkole mającej pedagoga, który pracuje z zaangażowaniem, łatwiej jest się odnaleźć uczniom i nauczycielom. Również rodzice korzystają z jego porad i wiedzy. Dobry pedagog potrafi wykryć problemy wychowawcze w zarodku i zapobiec ich rozwojowi. Zyskuje na tym cała lokalna społeczność (mniej chuligaństwa, przemocy, wandalizmu). To ważny argument za jego zatrudnieniem dla władz samorządowych.


"Odkąd mamy w gminnym gimnazjum pedagoga, skończyły się rozróby przed szkołą, rzadziej widuję uczniów pijących piwo po krzakach. Kierowcy gimbusów też mniej się skarżą na młodzież."

(wójt)

Stąd wniosek, że opłaca się zatrudnić pedagoga z przekonania, a potem inwestować w jego doskonalenie zawodowe. Jego umiejętności z pewnością okażą się nie do przecenienia w wychowywaniu uczniów, którym - jak mówi pracownik jednej z poradni psychologiczno-pedagogicznych - "Ktoś musi w życiu pomóc". Taką właśnie pomocą służy pedagog - specjalista od wychowania.


W artykule tym zebrałyśmy informacje uzyskane od pedagogów szkolnych, dyrektorów szkół, nauczycieli, doradców metodycznych ds. pedagogicznych, pracowników kuratoriów, Ośrodków Doskonalenia Nauczycieli, poradni psychologiczno-pedagogicznych, przedstawicieli władz samorządowych i pracowników wydziałów oświaty z różnych zakątków Polski. Ich dopełnieniem są wiadomości pochodzące od uczniów i rodziców. Korzystałyśmy także z wypowiedzi uczestników forum internetowego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. Wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego artykułu, serdecznie dziękujemy - Autorki.


[1] Grupy dyspanseryjne obejmują osoby o zmniejszonym potencjale zdrowotnym, objęte systematyczną opieką lekarską, np. uczniów z wadami wzroku, słuchu, przewlekle chorych.
Powrót
[2] Stowarzyszenie ma swoją siedzibę w Dolnośląskim Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli we Wrocławiu przy ul. Komuny Paryskiej 19a, tel. (0-71) 341-88-93
Powrót
[3] Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że taki charakter pracy wymaga nieraz ogromnego poświęcenia (wystarczy pomyśleć o dojazdach do poszczególnych wsi słotną jesienią czy zimą, niedoliczanych bynajmniej do czasu pracy).
Powrót