Marek Konieczniak
Kto w szkole wychowuje?


Fot. 1. Marek Konieczniak
(fot. Szymon Więsław).

W ostatnim numerze Biuletynu Informacyjnego został podjęty bardzo istotny temat - rola i miejsce pedagoga w polskim szkolnictwie. W artykule o znamiennym tytule "Co zrobić z ćwiartką pedagoga?" Małgorzata Sapińska przeprowadziła dogłębną analizę danych statystycznych z różnych źródeł, mniej lub bardziej doskonałych. Przedstawiła własne rozumienie średnich liczb uczniów na etat pedagoga, liczb pedagogów na szkołę, zmian tych średnich w ciągu ostatnich 6 lat i pojawiających się tendencji. Trudno się nie zgodzić zarówno z interpretacją danych, jak również z wnioskami końcowymi. W polskiej oświacie występuje znaczne zróżnicowanie dostępności pedagoga dla uczniów. Gorzej jest w szkolnictwie ponadgimnazjalnym, lepiej w szkołach podstawowych i gimnazjach.

Nurtuje mnie jednak pewna wątpliwość, którą pragnę podzielić się z Redakcją i Czytelnikami BI: Czy rzeczywiście pedagog jest panaceum na problemy polskiej szkoły? Z góry chcę się zastrzec, że moje rozważania nie są próbą deprecjonowania roli, jaką pełnią pedagodzy. Jako dyrektor szkoły sam doświadczyłem pomocy z ich strony, byłem też świadkiem ich owocnej pracy. Niemniej jednak uważam za błędne twierdzenie, że pedagog to specjalista od wychowania, a więc młodych ludzi należy oddać w jego ręce. Twierdzę i jestem przekonany, że nie ma żadnych specjalistów od wychowania i nigdy takowych nie będzie. Żadna uczelnia na świecie nie jest w stanie ich produkować. Można wykształcić specjalistów od nauczania, specjalistów od informatyki, ekonomii i finansów. Można wykształcić grupę ludzi o szerokiej wiedzy na temat wychowania, lecz nie należy twierdzić, że są oni specjalistami w tej dziedzinie. Powinni być przygotowani do tego, by świadomie i celowo podejmować działalność wychowawczą. Nie oznacza to jednak, że są ekspertami od niej, gdyż tej w dziedzinie nie sposób być ekspertem.

Poruszanie się w przestrzeni odwiecznych ludzkich poszukiwań: wartości, prawdy, miłości, sensu życia to nie szereg umiejętności do opanowania, to nie jest dziedzina, w której można się wyspecjalizować. Wychowywanie jest procesem ciągłym, w którym wszyscy bierzemy udział podmiotowo - bez względu na to, czy mamy tego świadomość czy nie[1].

Wychowywać to zmieniać siebie przede wszystkim i nade wszystko. Wychowywać to wychodzić poza własne ograniczenia, uprzedzenia i lęki. Wychować to przestać chować to, co w człowieku piękne, wieczne i niezniszczalne. Wychowywać to prowadzić siebie, a przez to i innych, ku samodzielności, czyli nie chować się pod niczyimi opiekuńczymi skrzydłami, nie zadowalać się pozornym bezpieczeństwem wynikającym z unikania świata, problemów, ludzi. Proces wychowywania toczy się cały czas w relacjach międzyludzkich i tylko w nich może mieć on swoje spełnienie. Wychowujemy i nauczamy cały czas siebie nawzajem.

Dr Małgorzata Prokosz, cytowana w artykule "Szkoła z pedagogiem czy bez?", mówi, iż dobrym pedagogiem może być ten, kto jest otwarty na drugiego człowieka oraz gotowy do ciągłej pracy nad sobą. Wojciech Eichelberger podkreśla, że "bez bliskich związków z ludźmi, współczucia i miłości nie da się żyć". Obydwa stwierdzenia się dopełniają i obydwa są potwierdzeniem tego, że nie można mówić o specjalizowaniu się w otwartości na drugiego człowieka i miłości do drugiego człowieka. Specjalizacja to zawężanie, a tu trzeba się otwierać. Specjalizować się w miłości - kojarzy się raczej z technikami i przywodzi mi na myśl jedynie podręcznik Kamasutry.

Specjalista od wychowania to brzmi wręcz bardzo groźnie. Taka specjalizacja to tylko krok od manipulacji i ucieczka od odpowiedzialności za siebie samych. Dyrektor, który tęskni za pedagogiem, bo on i nauczyciele mają tyle innych zadań, programów do napisania i książkowych mądrości do nauczenia, że nie radzą sobie z wychowywaniem, powinien bardzo poważnie się zastanowić, czy najpierw nie powinien zatrudnić sobie prywatnego pedagoga, który wychowa go i przygotuje do wychowywania. Ba, czyż nie powinniśmy w ogóle skrócić drogi i od razu zacząć oferować pedagogom pracy w rodzinach? Jako specjaliści wychowaliby nam nasze dzieci, a my rodzice moglibyśmy już bez poczucia winy zająć się tym, od czego jesteśmy specjalistami. Niektórzy od dyrektorowania, inni od delektowania się napojami dozwolonymi od lat osiemnastu. Przecież każdy w czymś tam się specjalizuje.

Jeśli specjalizacja ma sens w innych dziedzinach ludzkiej działalności, np. w nauce czy przemyśle, to nie wolno jej przekładać na dziedzinę tak złożoną jak wnętrze człowieka. Potrzeba tutaj pokory zrozumienia, iż człowiek jest sam dla siebie zagadką i jeśli do tej pory nie wyspecjalizował się w wychowywaniu siebie do szczęścia, do miłości i do pokoju, a miał na to trochę czasu, to nie łudźmy się, że problem ten załatwi grupa ludzi, których będziemy nazywali specjalistami od wychowania.

Tragikomiczną próbkę takiego rozumienia rzeczywistości dało niedawno Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu (dlaczego nie Wychowania?!). Edukacja antykorupcyjna jest pomysłem iście specjalistycznym i Nobel to mało, by wyróżnić głębię wrażliwości na ludzkie potrzeby miłościwie nam panujących. Z drżeniem serca czekam na kolejne edukacje anty. Przecież nie możemy zapomnieć o wyłudzeniach, pobiciach, gwałtach i szantażach.

Niewątpliwie obecna sytuacja młodzieży jest o wiele bardziej skomplikowana, niż była w czasach poprzedniego systemu. Medialne "róbta co chceta" jest bardzo chwytliwe, problem jednak w tym, że autorzy tak usilnie promowanej filozofii nie mówią, a młodzież nie zawsze wie, czego ma chcieć. Czas wolności wyborów i stanowienia o sobie jest bardzo trudny, jeśli nie ma drogowskazów, jeśli nie rozumie się, czym jest wolność. Zbyt często celem staje się wąska specjalizacja w konsumpcji i hołdowanie populistycznym gustom. Brak rzeczywistych autorytetów sprzyja moralnemu relatywizmowi, a stąd już tylko krok, byśmy postanowili w publicznych referendach głosować wszelkie wartości.

W takiej sytuacji najpewniejszym miejscem dorastania do samodzielności powinna być rodzina. Jednak coraz częściej nie jest i wówczas problemy wychowywania ostro występują w szkołach. Kto powinien się nimi zająć? Dyrekcja, nauczyciele i pedagodzy. Wszyscy, bez względu na to, czy uznają, że wychowanie jest lub nie jest ich specjalnością. W momencie podjęcia przeze mnie decyzji o pracy w szkole, wychowanie zostaje wpisane na stałe w moje obowiązki, lecz - podkreślam - nie jako osobny zestaw zadań do wykonania. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie, że bez względu na to, czy chcę czy nie, będę sobą nauczał wartości, które wyznaję. I nie jest tu istotne, czy uczę matematyki czy języka polskiego. Proces nauczania sobą trwa cały czas, nie obejmuje wyłącznie formalnej sytuacji uczenia i nauczania. Nauczyciele winni być tego procesu świadomi.

Młodzi ludzie usilnie poszukują odpowiedzi na wiele pytań dotyczących spraw fundamentalnych, pytań ważnych, choć nie zawsze zadawanych wprost. Zasłyszane wypowiedzi weryfikują na podstawie tego, co widzą. Ale nie chodzi o to, by silić się na próbę bycia guru. Może być przecież i tak, że uczciwe przyjrzenie się własnemu wnętrzu w relacjach z młodzieżą otworzy dorosłego na to, czego jemu brakuje, a oni mają w obfitości. Jeśli będziemy pamiętać, że proces wychowywania dotyczy każdego i trwa wszędzie i zawsze, to wówczas łatwiej będzie wpisać się w szczególną rolę wychowawcy, od którego oczekuje się, by zmieniał i kształtował innych.

Zanim zabierzesz się za zmianę świata, zmień siebie samego, a zobaczysz świat inaczej. Nie obwiniaj świata za to, kim i gdzie jesteś. Chociaż oczywiście jesteś wolny i możesz tak robić - to Twój wybór. Jeśli nauczyciel będzie w stanie podzielić się przeżytą wewnętrznie prawdą tych stwierdzeń, to z pewnością pomoże wielu młodym ludziom dokonać wyborów, które będą istotne dla całego ich życia.

Gdzie jest więc miejsce dla pedagoga? Pedagog jest absolutnie niezbędny w tych wszystkich sytuacjach, o których piszą panie Kramarz, Adamów, Tańska, Janicka, a przede wszystkim Katarzyna Skibicka. Zdarza się, że sytuacja dzieci i młodzieży jest bardzo dramatyczna, wtedy nie da się rozwiązywać problemów w ramach lekcji przedmiotowych. Jest coraz więcej zagubienia i cierpienia, więc coraz więcej potrzeba rzeczywistej pomocy i wsparcia.

Za każdym razem, gdy ktoś sam przychodzi do pedagoga, oznacza to, że pedagog jest potrzebny. Z jednym zastrzeżeniem. Jeśli zaczynają do niej czy do niego przychodzić inni dorośli, by zrzucić z siebie odpowiedzialność za swoje własne relacje z innymi ludźmi, to trzeba bardzo głośno, wyraźnie i w sposób niepozostawiający wątpliwości powiedzieć asertywnie NIE, DOŚĆ lub cokolwiek, co spowoduje, że zejdziemy na poziom prawdziwych kontaktów międzyludzkich. Nie można dać się wtłoczyć w fikcyjny świat, gdzie istnieje podział kompetencji na tych, którzy wychowują, i tych, którzy uczą. W przeciwnym razie wszyscy - rodzice, nauczyciele, nawet woźna i sprzątaczki będą kierowali swe wychowawcze frustracje do specjalisty od wychowania. Na karę do dwóch lat słuchania bez przerwy debat sejmowych skazywałbym nauczycieli i pedagogów, którzy godzą się na przysyłanie uczniów do siebie nawzajem.

Każda relacja człowieka z człowiekiem to sytuacja wychowywania, a sukces pojawia się wówczas, kiedy między nimi nastąpiła prawdziwa komunikacja, chwila bezinteresownego otwarcia się na siebie nawzajem. W takich kontaktach nie ma lepszych i gorszych, pouczających i pouczanych, nawet jeśli w formie spotkania można by się takich rozróżnień dopatrzyć. Bez względu na to, kto w danym momencie był stroną bardziej aktywną i bardziej otwartą, takie prawdziwe spotkanie dwojga ludzi buduje obie strony.

Natomiast uzurpowanie sobie prawa do autorstwa sukcesu wychowawczego niszczy prawdziwe relacje międzyludzkie. Sukces nieodparcie nasuwa skojarzenia z wygranym i przegranym, lepszym i gorszym. Sukces to skaza osądzania. Wychowywanie poprzez osądzanie to chleb powszedni, lecz zawsze niesie ze sobą cierpienie.

Szukanie prawdy i sensu życia to dążenie, niekończący się proces. Ci, którzy nie poszukują świadomie, też wychowują, utwierdzając siebie i innych w przekonaniu, że jest nijako, źle, że nie ma prawdy i sensu w życiu.

Pedagodzy są potrzebni, by wspierać tych, którzy świadomie podejmują trud pracy nad sobą. Dobrze, jeśli nie skąpią otuchy i podejmują działania wspierające ich wysiłki. Wierzę, że wszędzie tam, gdzie są tacy pedagodzy (a autorzy artykułów poprzedniego numeru BI dowiedli, że ich nie brak), wystarczy nawet ćwiartka ich statystycznego etatu, by wiele mogło się zmienić, by wielu zechciało przyjąć pomoc i pomóc samym sobie. Ile w nas skłonności do osądzania, a ile otwartości na drugiego człowieka?


[1] Szerzej na ten temat pisałem w artykule Wychowanie - rzeczywistość i fikcja, Biuletyn Informacyjny nr 3/2000.
Powrót